Menu

Ciasteczkolandia

Wooden Story

vanilia81

 wooden_story_1

,,Mówimy, że zabawki przyszły do nas z lasu, że jeszcze pachną drzewem i słychać w nich szum wiatru buszującego w liściach lub igłach. Dziadek Borowy, bo na nazwisko mamy Borowy mówił prawdę: „tworzenie dla dzieci daje radość również dorosłym”. Wiemy to bardzo dobrze. Stworzyliśmy Wooden Story z miłości do natury i dla szczęścia dzieci." 

Tak o firmie Wooden Story piszą jej twórcy. Piękna historia niezwykłej firmy, a niżej coś ode mnie, szczęśliwie obserwującej zabawę moich dzieci tymi zabawkami...

Od dwóch lat mieszkamy w lesie. W miejscu, które uwielbiamy, w którym czujemy się najlepiej na świecie. Zapach lasu, jego kolory i dźwięki są naszą codziennością. Naturalna sprawą stało się więc to,  że bardzo cenie drewno jako materiał z którego wykonane są przedmioty w moim domu. Także zabawki. Bezpieczne, przyjazne, piękne i ponadczasowe. Cała moja trójka ma zabawki firmy, o których chciałam Wam dziś opowiedzieć.

wooden_story_2

wooden_story_3

Zacznę od tego, czego można się spodziewać odbierając paczkę- od opakowania. Zabawki przez internet kupuję od 8 lat. Nie powiem zdarzają się produkty ładnie zapakowane, wstążeczka owinięte, z logo na taśmie, ale opakowanie Wooden Story wymiotło wszystkich. Ja te ich liczne grafiki na taśmie klejącej paczkę oglądałam z 15 min. Bity kwadrans gapiłam się jak zaczarowana. A potem zobaczyłam  trociny włożone do pudełka z klockami...

Klocki w ofercie mają różne, od klasycznych, w naturalnym kolorze drewna, po kolorowe, aż po te z napisami, które widzicie na zdjęciach. Zamówiłam je z myślą o Mai, która rozpoczęła naukę angielskiego. Chciałam by przyswoiła sobie nowe słówka. Ważne. Potrzebne w życiu bardzo.

Małgosia z pasją układa je w pudełeczku (a ja mam 5 minut na pomalowanie rzęs), Antek buduje z nich wieże, także zabawka rzec by można wiekowo uniwersalna. I jak one pachną...Od miesiąca już. Czasem wchodzę do pokoju Mai, gdy jej nie ma tylko po to by się nacieszyć zapachem tam panującym (wykończone są woskiem pszczelim i olejami roślinnymi pewnie dlatego).

wooden_story_5

wooden_story_6

wooden_story_10

wooden_story_7

wooden_story_8

wooden_story_91

Skrzynka na kółkach. Od niej wszystko się zaczęło, bo na markę trafiłam szukając takiej skrzynki właśnie. Na porozrzucane w salonie pluszaki, papcie nie do pary, samochodziki, klocki. Tak by z jej pomocą dół domu ogarnąć w 3 minuty wieczorem.

Albo żeby książki do przeczytania włożyć i przyciągnąć ją wieczorem do kanapy (Wydawnictwo Zakamarki polecam przy okazji z ,,Inwentarzem drzew" na czele). Skrzynia pięknie wykonana, kółeczka cichutkie, nierysujące i szczęście całe, bo jak w ciągu dnia pusta stoi to do wożenia dzieci przez siebie nawzajem wykorzystywana jest nagminnie. Wypada więc w tym miejscu dodać- wytrzymała. Jest też wersja w pełnymi bokami, dokupić można pasujący do środka lniany worek, jeśli np. drobne rzeczy planujemy w nim przechowywać.

wooden_story_11

wooden_story_12

wooden_story_13

wooden_story_14

No i wózek...O tym wózku to by bajkę można napisać albo piękny wiersz przynajmniej. Majstersztyk wykonania, dbałość o detale niesamowita. Jednym palcem jesteśmy w stanie go okręcić o 360º. Cichutki. Sunie po podłodze czy trawie jak sanki po puszystym śniegu. Do zdjęć tylko na ogródek go zabrałyśmy, na co dzień służy do zabawy w domu i częściej niż lale czy misie wozi się rodzeństwo wzajemnie. Wytrzymały pieruńsko, nie raz mimo moich set razy powtarzanych ,,uważajcie", ,,bo go zabiorę i schowam na strych" przydzwonił w ścianę czy stół, bez szwanku dla niego (ścianę się zagipsuje czy coś ;)

Podobnie jak skrzynia, podłóg nie rysujący ( koła gumą zabezpieczone). Z drewna z certyfikatem FSC (jak zresztą wszystkie ich zabawki), pokryty białą, wodną, ekologiczną farbą. No i ta biel, te szare dekory. Wart każdej złotówki, która kosztuje. Każdej.

Moje córki bawią się 80 letnim, miniaturowym kredensikiem mojej babci (którym bawiłam się rzecz jasna również ja). Mebel ten ( który z pewnością doczeka się osobnego postu), nie jest zrobiony z wyselekcjonowanego drewna, a wybawił kilka pokoleń i będzie służył dalej. Tym bardziej jestem przekonana, że wózkiem Małgosi będą się bawiły moje wnuki.

Apel więc taki z lasu przed Dniem Dziecka głoszę, dajcie sobie choć na chwilę spokój z tą świecąco- grającą chińszczyzną na baterie. Przeczytajcie dziecku fajną książkę, kupcie drewniane klocki. Zamienicie ,,made in China" na  ,,Made in The Beskidy Montains Poland" Ukłońcie się naturze. Wybierzcie na spacer do lasu. Kukułki posłuchajcie.

Polecam. Firmę. Zabawki. I Las...

Klocki tutaj

Skrzynia tutaj

Wózek tutaj

wooden_story_15

wooden_story_161

 

Proste ciasto z herbatą Earl Grey i rodzynkami

vanilia81

 Ciasto_z_Earl_Grey_i_rodzynkami_1

Banalnie proste w wykonaniu ciasto. Nie wymaga użycia wagi i miksera. Świetne do popołudniowej herbaty. Na piknik. Na chłodniejsze, wiosenne dni. Do owinięcia w folię i wręczenia umorusanym dzieciom, które zgłodniały szalejąc z kolegami z ulicy i domagają się czegoś do jedzenia, waląc brudnymi rączkami w tarasowe drzwi...

Za jedyną wadę możemy uznać ponad godzinny czas pieczenia, ale ciasto posiada pół litra płynu i nie ma wyjścia, trzeba mu ten czas dać. Odwdzięczy się głębokim herbacianym aromatem ukrytym w cieście i słodkich rodzynkach.

foremka: klasyczna keksówka

temperatura: 175ºC

czas pieczenia ok. 70 min.

Składniki:

  • 2 szklanki herbaty Earl grey (zaparzonej z 3-5 torebek w zależności od jakości herbaty i intensywności jaką chcemy uzyskać)
  • 1 szklanka rodzynek
  • 1 szklanka mąki pszennej pełnoziarnistej
  • 1 ½  szklanka mąki pszennej (zwykłej lub tortowej)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • ¾  szklanki cukru (u mnie brązowego)
  • 120 g miękkiego masła
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 2 szczypty pieprzu

Uwaga! Ciasto nie zawiera jajek

Do zaparzonej, przestudzonej herbaty dodać rodzynki, odstawić.

Do miski wsypać obie mąki, cukier, proszek do pieczenia, sól, pieprz i cynamon i całość wymieszać.

Dodać miękkie masło, wmieszać je do reszty składników.

Dolać herbatę z rodzynkami i całość pomieszać tak, by nie było widać suchej mąki.

Foremkę keksówkę wyłożyć papierem do pieczenia lub natłuścić masłem i obsypać mąką.

Piec ok. 70 min. w 175ºC. Gdyby pod koniec pieczenia ciasto za bardzo się brązowiło od góry, przykryć je folia aluminiową.

Po wyjęciu z piekarnia przed wyjęciem z formy odstawić na min. 10 min.

Klocki widoczne na zdjęciu marki Wooden Story można znaleźć  tutaj

Lokówkowe zauroczenie

vanilia81

loki_remington_1

Wesela, chrzciny, komunie. Uroczystości rodzinne. Urodziny koleżanek i kolegów. Święta. Dnie Babci, Dziadka, Barbórki. Bale, dyskoteki szkolne i Jasełka. Ciągle coś. I ciągle coś na tej głowie trzeba Majce zrobić.

A z warkoczami to mam problem delikatnie mówiąc. Francusy to już całkiem jakiś matrix dla mnie. I można by do salonu fryzjerskiego, ale czasem te loki w niedziele potrzebne. A czasem na 8 rano. A czasem na wyjeździe.

Lokówkę wymyśliłam. Przypadkowo w sumie, perfumy  i jedną z tych genialnych szczotek (Ikoo) chciałam w perfumerii internetowej zamówić i  tą lokówkę zobaczyłam, opinie przeczytałam, że niby och i ach.

I powiem Wam na lepszy pomysł to ja dawno nie wpadłam. 10 minut i voila fryzura jest, nawet jak matka z gatunku tych niezdarnych. Niedroga sprawa. Tak więc jeśli w genach Wam, tudzież córką natura loków poskąpiła, to ja polecam, bo i zabawa jest i efekt.

Kłopot z głowy. Zamiast kłopotu burza loków.

Zobaczcie sami...

Biszkopciki dla dzieci i szkolna uwaga

vanilia81

biszkopty_2

Maja wróciła ostatnio ze szkoły. Z uwagą, na niemieckim otrzymaną. Nie żeby pierwszą, bo incydenty już ze dwa były, standardowe takie, że przeszkadzała czy przezywała. Ale ta ostatnia wygrała. I kiedy ją czytałam jej trzęsła się broda od płaczu, a mi ze śmiechu...

 IMG_8054

Bo oczywiście jeść na lekcji się nie powinno. Od tego są przerwy, ale ten wyraz ,,biszkopty"... No rozłożył mnie na łopatki. Nie tylko mnie, na facebooku wygrał komentarz ,,no jak Ciasteczkolandia to przecież nie będzie golonki jadła na lekcji tylko ciasteczka" a na instagramie ,,dobrze, że nie makrelę".

I choć tymi schrupany na lekcji poczęstował ją kolega, tak mi do głowy wpadło, ze dawno biszkoptów dzieciom nie piekłam...Więc gdyby ktoś na przepis reflektował to poniżej podaję. Pracy z nimi tyle co nic, a wiem, że one z jajek tych od kur co je za płotem widzę, z cukrem brzozowym, bez oleju, syropu glukozowo- fruktozowego, spulchniaczy i barwników (po co oni je tam ładują i jakim cudem ,,pozytywną opinie instytutu Matki I Dziecka" dostają to ja nie wiem...)

Warto dodać, że te są bardzie miękkie, puchate, nie tak zbite i suche jak te ze sklepu.

Jeśli pieczecie ja dla jednego dziecka, wystarczy upiec je z połowy składników.

Jeśli komuś zależy by wyglądały jak sklepowe, to zamiast łyżeczką, szpryca cukierniczą porcje na blachę nakładać, albo w foremce/ na macie do makaroników piec polecam, ja nie widziałam ku temu powodu.

Składniki:

  • 4 jajka (używam ekologicznych)
  • 100 g mąki pszennej tortowej
  • 50 g mąki ziemniaczanej (lub skrobi kukurydzianej)
  • 5 łyżek cukru (u mnie ksylitol)

Oddzielić białka od żółtek.

Białka ubić na sztywno, pod koniec ubijania dodać cukier i chwilę miksować.

Miksując na najniższych obrotach miksera dodawać po kolei żółtka.

Przesiać obie mąki i delikatnie wmieszać szpatułką do masy, tak by składniki się połączyły.

Duże blachy wyłożyć papierem do pieczenia.

Nakładać łyżeczką do herbaty (kopiasta jeśli chcemy biszkopty wielkości tych sklepowych) porcje ciasta, spłaszczając je łyżka delikatnie, pamiętając o zachowaniu niewielkich odstępów.

Piec w piekarniku nagrzany do 175ºC (termoobieg jeśli pieczemy dwie blachy na raz) przez ok. 10 min.

Przełożyć na metalowa kratkę, żeby przestygły.

Ciasta wystarczy na 3-4 blachy ( w zależności od odstępów)

 

Niezapominajki & kawa

vanilia81

Julia_R_1

Garść małych marzeń tej wiosny miałam.

Żeby mi pod płotem niezapominajki zakwitły z tych nasion, które w zeszłym roku zasiałam. Trochę chociaż.

I o kawie u Julii Rozumek marzyłam. Przy tym stole drewniany. Z tego kubka żółtego. Z Tosią i Beniem biegającym wokół...

Ale jak zawsze. Po ciuchu marzyłam. Nie było szans by usłyszała. I ranka pewnego w szufladce na Instagramie ,,Czy ja mogę zaprosić Cie na kawę?" - wiadomość od Niej przeczytam.

W niedowierzaniu oczy zmrużyłam, nos do ekranu zbliżyłam, myśląc, że chyba źle przeczytałam.

Bo niby dlaczego ja?

Dlatego, że komentarz miły pod jakimś zdjęciem czy postem napisałam? Miłych komentarzy to jej pisze 50 tyś osób miesięcznie.

Umawiamy się..

Pytam w żartach czy ma dom ubezpieczony bo jeśli tak, to ja bym z dziećmi chętnie.

Ubezpieczony. I pewnie, z dziećmi mam przyjechać.

Ciasteczka waniliowe pieczemy z Mają do północy. 

Rano w ogródku niezapominajek kępka zakwitła!

Zrywam je. Wszystkie. Wstążką owijam. Antoś wręczy Tosi .  

Jedziemy w czwórkę.

I widzę ten dom już z daleka i wierzyć się nie chce, że to w okolicy mi znanej, pół godziny drogi ode mnie.

Julia_R_24

Parkuje. I nie wiem czy kolejny filmik Julii oglądam, czy mi się to śni może. Tosię widzę jak stoi w jednym z tych wielkich okien w stroju baletnicy uśmiecha się i macha do nas.

I taką nutkę obawy mam w sercu, czy mi się ta wizja Julii, Jej Rodziny, domu, który stworzyła, a który przecież tylko ze zdjęć znam, nie popsuje zaraz. Nie pryśnie jak bańka mydlana. Bo może ona przemądrzała, dla dzieci niedobra, mąż gbur jakiś.

Ale nie Kochani. U nich naprawdę jest tak jak Jej blogu. To jest dom pełen miłości i normalności. Z pokruszonym ciastkiem na podłodze, szalem Tosi rzuconym w przedpokoju, kompotem na stole, śmieciami do wyniesienia i Mężem, który po zjedzeniu pomidorowej  zupę pochwalił. Nie dlatego, żeby się żonie przymilić, tylko dlatego, że mu najzwyczajniej na świecie smakowała...

Julia_R_3

Julia_R_10

Julia_R_12

Julia_R_11

Julia_R_9

Julia_R_13

Julia_R_14

Julia_R_15

Julia_R_4

Julia_R_8

Julia_R_16

Julia_R_17

Julia_R_5

Girlanda gwiazdek Radosna Fabryka

Julia_R_19

Julia_R_20

Julia_R_2

Narzuta z motyle Las & Niebo

Julia_R_28

Julia_R_18

Julia_R_21

Julia_R_26

Julia_R_27

Julia_R_23

Julia_R_29

Julia_R_22

Julia_R_25

Dom jaki jest widzicie. Słów tu za wiele nie potrzeba. Oryginalny do granic możliwości. Niepowtarzalny. Żaden architekt wnętrz i stu stylistów tak by go nie urządziło. Styl, wyczucie, konsekwencja w doborze materiałów, mebli, tkanin, miłość do rzeczy z duszą, chęć ocalenie tych wyjątkowych, które dawno mogły zapomniane skończyć swój żywot go stworzyły. A przede wszystkim atmosfera. Bez jego mieszkańców, tych malutkich rączek na szybie odbitych, nie byłby w połowie tak wspaniały...

Tosia to taki typ dziecka, które masz ochotę złapać, przytulić i ukraść. Rezolutna, uśmiechnięta, komunikatywna. Taka równiacha. Jestem z Nią umówiona na pieczenie ciasteczek w kształcie serc i nocne zwiedzania placów zabaw z latarkami. Warta wszystkich niezapominajek na tym świecie...

Benio.. no łyżkami bym go jadła. Nie widziałam chyba nigdy takiej burzy loków, a w połączeniu z wielkimi, brązowymi oczami to już na pewno nie.

A Julia? Do bólu normalna. Malutka. Drobna. Serdeczna. W dresowych spodniach i włosach na prędce upiętych, a piękna taka, że oczu oderwać nie sposób. Za dziećmi w ogień by skoczyła, troskliwa, ciepła, cierpliwa, ale o sobie w tym świecie niezapominająca. Fajna kobieta. Ciesze się, że mogę o niej mówić per moja koleżanka. Z wrażenia zdjęcia Pani domu nie zrobiłam.

Jeśli cudem jakimś nie znacie jeszcze bloga Julii Rozumek, (wcześniej Szafą Tosi nazywanym), to polecam. Warto jej spojrzenie na życie przyswoić.

A gdyby ktoś film wolał, z muzyką jakby dla nich przez Zakopower pisaną, to poniżej, na zębatym kółeczku jakość HD ustawcie sobie...

 

Kuchenne rewolucje z marką Tidlo

vanilia81

Po dziewiątej...

Po dziewiątej starsze moje dzieci są wyprawione do szkoły i przedszkola, zmywarka jest opróżniona, blaty pościerane, papcie porozrzucane poskładane, łóżka pościelone, pranie już nawet często rozwieszone.

I wtedy mamy z Małgosia czas. Ten taki tylko dla nas.

Są dni kiedy wieże z klocków układamy, książeczki czytamy, do ogródka wychodzimy, na zakupy jeździmy, a ostatnio...Ostatnio sporo gotujemy.

I podczas tej zabawy najbardziej lubię ją obserwować. Zastanawiać się skąd ona wie, że jajka sadzone to na patelni trzeba smażyć, a nie do garnka  włożyć, skąd że podając mi drewnianą babeczkę ,,kawke tes?" zapytać. I że te babeczki to do piekarnika, a nie do zlewu się wkłada. Ile to taka główka malutka już zaobserwowała w życiu, przyswoiła.

To nie jest tak, że ja jej na siłę wpoić model chcę taki, że miejsce kobiety jest w kuchni (bo uwierzcie, że choć piec lubię to gotować nie cierpię...) Pokój Gosi sąsiaduje z pokojem Antka, a w nim milion samochodzików, zamki, piły, młotki i śrubki zabawkowe. Ma do nich dostęp. Nigdy nie zainteresowała ją żadna z tych rzeczy.

Skoro więc lubi te jajka smażyć, babeczki piec i garnki myć, to niech smaży, piecze i myje! Bo czy w życiu nie jest szczęściem robić to co się kocha najbardziej?kuchnia tidlo country

 

country_Tidlo_16

country_Tidlo_151

country_Tidlo_17
country_Tidlo_121

country_Tidlo_14

Poszukiwania idealnej kuchni do zabawy trwały dłużej niż mojej prawdziwej. Plastikowe odpadły natychmiast. Starsza córka miała taką, najlepszej chyba firmy, a szału nie było. Była niska, szafki kiepsko się otwierały, naklejki pozdzierały, baterię trzeba było na okrągło wymieniać, jakieś akcesoria z niej zostały i tyle pamietam.

Teraz wiedziałam, że musi być drewniana i ma pasować do stylu naszego domu, bo to przecież mebel niejako.

Różu nie chciałam, no może pudrowy odcień by mnie skusił, ale nie znalazłam w Polsce takiej. 

Kuchnia Tidlo Country zdobyła moje serce natychmiast. Jestem fanką wiejskich klimatów, uwielbiam angielski cottage (notabene producentem jest firma z Anglii właśnie), więc kuchnia jakby z moich snów wyjęta. Połączenie pastelowego błękitu z bielą jest w mojej ocenie urocze i przemyślane, bo w takiej kuchni świetnie będzie się czuł również mały mężczyzna. 

Kluczową sprawą było to, żeby kuchnia nie była za niska. Ta kuchnia ma wysoko ustawiony blat (58 cm), a to gwarantuje, że posłuży dziecku dłużej (to istotne przy zakupie nie taniej przecież zabawki). Nie widzę sensu w zabawie kuchnią 4- latki, która musi klękać na kolanach, by móc się nią bawić.

Ważne dla mnie było, by oprócz klasycznego zestawu piec + piekarnik, zawierała też zlew i miejsce do przechowywania kuchennych i kulinarnych skarbów. Zarówno piekarnik jak i szafka pod zlewem zamykane są na magnes i posiadają wyjmowane półki (piekarnik czarną, szafka błękitną) i są naprawdę pakowne. To dobrze nie potrzebny będzie w pokoju dodatkowy kosz czy skrzynia by te rzeczy pomieścić.

 kuchnia tidlo countryMałgosia w styczniu skończyła dwa lata. Nie jest mała jak na swój wiek, a jak widać na zdjęciach musi się nagimnastykować, żeby ściągnąć z kuchni drewniane elementy. Moim zdanie idealna będzie dla 4-5 letniego dziecka (tyle ma mój syn i wysokość jest dla niego idealna). Niemniej warto ją kupić już np. drugie urodziny, bo dziecko już  zdoła się nią bawić, a będzie ja miało dłużej. 8- letnia Maja nadal nie musi przy niej kucać, jedynie trochę pochylić by coś ,,ugotować"! 

Kuchnia wykonana jest doskonale. To taki rodzaj produktu z gatunku ,,wiemy za co płacimy". Przemyślane detale, takie jak ruszający się kran, to że przekręcając pokrętła w kuchence słyszymy charakterystyczny dźwięk klikania, albo uchwyty po jej bokach sprawiające, że z jej przenoszeniem poradzi sobie nawet mama.

kuchnia tidlo country

country_Tidlo_13

country_Tidlo_81

country_Tidlo_61
country_Tidlo_10

country_Tidlo_11

country_Tidlo_19

country_Tidlo_18

Nad kuchennym blatem znajduje się zegar z ruchomymi wskazówkami (szczególnie Antek przypodobał sobie kręcenie nimi, więc przejdą prawdziwy test wytrzymałości), miejsce do zawieszenia drewnianych przyborów kuchennych oraz półeczkę na której można ustawić pojemniki na sól i pieprz, czy płyn do naczyń, które są częścią zestawu.

kucnia tidlo country

country_Tidlo_9

Jej wady? Hm czy ja w tym zauroczeniu, zaślepieniu jej walorami zdołam wadę znaleźć?

Cena. No nie ma co ukrywać nie jest niska, ale jeśli ma się z nią do czynienia na żywo, nie ma wyjścia, trzeba przyznać, że najzwyczajniej w świecie jest jej warta.

Jestem natomiast fanką prezentów składkowych. Kiedy policzymy sobie ile my, babcie, dziadkowie, ciocie, wujkowie wydajemy łącznie na prezenty na urodziny dziecka naszego, może się okazać, że jest to kwota nie mniejsza. Nie mówiąc już o sytuacji, kiedy chodzi o prezenty pod choinkę i mamy w domu dwie potencjalne małe kucharki/ dwóch kucharzy...

Zawsze biorę też pod uwagę to, że mając do czynienia z produktem takiej jakości pobawi się nią nie jedno czy dwoje dzieci i kiedy nasze dzieci z niej wyrosną, kuchnia nadal będzie miała pewną wartość i  tylko od nas tylko zależy czy ja komuś odsprzedamy, czy zachowamy dla wnuków...

Co jeszcze w kwestii wad? W tej cenie producent mógł pomyśleć o jakimś garnku czy patelni i marchewce ,,na start", żeby móc tą debiutancką zupę ugotować. 

Większość dzieci ma z pewnością coś do gotowania na stanie, jeśli jednak nie, dobrze o tym pomyśleć, albo po prostu ,,gotować" prawdziwy makaron w miseczce plastikowej.

kuchnia tidlo country

Wymiary kuchni:

77 cm szer. x 36 cm gł. x 92 cm wys.

Zapakowana jest w karton 80 cm x 50 cm x 18 cm.

Zręcznemu tacie skręcanie zajmie pół godziny (polecam więc złożyć ją wcześniej, jeśli dziecko jest małe i niecierpliwe)

Nakręciłam nawet filmik, kawałek na instagramie moim można zobaczyć. Streszczając zatkało ją z wrażenia i mowę odjęło.

Załączone wyposażenie:

  • 3 drewniane akcesoria kuchenne (łyżka, widelec, szpatułka)
  • pojemniki na sól i pieprz
  • plastikowa miseczka
  • butelka z płynem do naczyń.

kuchnia do kupienia z sklepie Piccoland

na zdjęciu widać także:

zestaw naczyń i akcesoriów kuchennych Tidlo

drewniane muffinki Tidlo

materiałowe jajko i bekon - Ikea (chyba już niedostępne)

 

Mazurek pomarańczowy, który mógłby być tartą właściwie...

vanilia81

mazurek_pomaraczowy_z_amaretto1 tarta pomarańczowa

Zastanawiałam, czy ten przepis wrzucać na bloga, skoro już dawno po Wielkanocy, no i zdjęcia mam jego tylko jakieś dwa na krzyż. Kurcze, ale on taki dobry był, że doszłam do wniosku, że szkoda, żeby go tu nie było. Smakował naprawdę każdemu. Nawet mój mąż do dziś go  wspomina, a zdąża mu się to tylko jeśli coś naprawdę mu zasmakuje. Można go też spokojnie w innej formie upiec i jako tarte potraktować przecież.

Nadzienia wystarczyłoby, gdyby je przygotować z 5 pomarańczy (zmniejszając ilość cukru do 300 g), ale podziękujecie mi za tą nadwyżkę, która można bez straty dla ciasta zjeść podczas przygotowania, albo zachować do croissainta na poświąteczne, wiosenne śniadanie.

ps. Biała czekolada na zdjęciu, choć zamiar taki był,  finalnie nie została do niego użyta ;)

mazurek_pomaraczowy_z_amaretto

Składnik ciasta:

  • 250 g mąki pszennej (najlepiej krupczatki, ale każda inna będzie ok)
  • 50 g mielonych migdałów
  • 150 g zimnngo masła
  • 50 g cukru pudru
  • 1 żółtko
  • łyżka śmietany
  • szczypta soli

Mąkę połączyć z masłem. Dodać resztę składników, szybko zagnieść ciasto.

Uformować kulę (ja zawsze spłaszczam tworząc kształt dysku).

Odstawić do lodówki na ok. 30 min. ( w tym czasie można przygotować pomarańczowe do smażenia)

Schłodzone ciasto wyciągnąć z lodówki, rozwałkować na dość cienki prostokąt (ok. 20 cm x 30 cm).

Odłożyć trochę ciasta i uformować z niego wałeczki, które utworzą brzeg.

Blaszkę (ja używam tej płaskiej z piekarnika) wyłożyć papierem do pieczenia.

Przełożyć na nią ciasto, ponakłuwać gdzieniegdzie widelcem.

Piec w temp. 190º C (grzałka góra dół) lub 180º C (termoobieg) przez 12 min. (albo ciut dłużej, do momentu, aż ciasto się zezłoci)

Wyjąć z piekarnika, odstawić do schłodzenia.

Nadzienie (konfitura pomarańczowa):

  • 7 pomarańczy (najlepiej ekologicznych)
  • 400 g cukru
  • amaretto
  • sok z cytryny (obcjonalnie, spowoduje, że konfitura zachowa ładny kolor)
  • po garści kandyzowanych wiśni i płatków migdałowych do ozdoby

Pomarańcze umyć (a jeśli nie są ekologiczne to dodatkowo sparzyć).

Obrać cieniutko skórkę (najlepiej obieraczka, nie dociskając za mocno, by nie zbierać białej (gorzkiej) części, pokroić na krótsze części.

Pomarańcze podzielić na cząstki, pokroić/ porozdzielać na kawałki.

Całość rozdrobnić blenderem.

Zasypać masę cukrem i gotować na małym ogniu przez ok 30 min.

Pod koniec gotowania dodać amaretto i sok z cytryny (masa będzie dość rzadka, ale zastygnie na cieście).

Gorącą konfiturę nałożyć na kruche ciasto. 

Po ostudzeniu warto udekorować, np. tworząc z kandyzowanych wiśni i uprażonych (ups ja zapomniałam uprażyć) płatków migdałowych kwiatuszki.

Smacznego!

 

,,Smak szczęścia" Agnieszka Maciąg - recenzja

vanilia81

 smak szczęscia ganieszka maciąg

Smak szczęścia... Tak mogłabym pewnie nazwać tort czekoladowy z migdałową praliną, pocałunki mojego męża, czy herbatę z ogrodowej mięty podanej w letnie popołudnie. „Smak szczęścia” to tytuł książki Agnieszki Maciąg. Dla mnie najładniejszy tytuł o jakim słyszałam. Poważnie! Po kilku latach książka doczekała się (nakładem wydawnictwa Otwartego) drugiego wydania.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam jej okładkę uśmiechnęłam się. Bo zdjęcie jakby w moim ogródku zrobione.

Bo przecież te liście. Ten sweter kremowy. Te jeansy. Te kalosze. To szczęście...

Otwieram pierwsza stronę...

smak szczescia

Słonecznik!

Ukochane moje. Wspomnień  z nimi tyle, ile ich rośnie na toskańskich wzgórzach w sierpniu. Sentymeny ogromny mam...

Wertuje dalej...Dedykacja...

,,Tę książkę dedykuję Tobie ♥ "

Z takim szacunkiem do czytelnika można...I to serduszko...Ach.

Książka podzielona jest na rozdziały: Dieta. Uroda. Wewnętrzna harmonia. Joga. Natura. 

 smak szczescia

Nie jestem zielona w kwestiach zdrowego odżywiana. O bardzo wielu faktach, które Agnieszka tu opisuje wiedziałam. Jednak czytałam ją z zaciekawieniem i ogromną przyjemnością, bo ta książka jest inna. Napisała ją kobieta i to daje się odczuć na każdej stronie. Emanuje z niej ciepło, czyta się ją jak opowieść, z zaciekawieniem a nie jak przynudnawy podręcznik. Przeczytamy w niej o dietach, produktach spożywczych, poznamy sporo przepisów kulinarnych. Dowiemy się jak zrobić domowe kosmetyki, poznamy właściwości ziół. Niewiarygodne jak wiele wiedzy zawiera. Gdybym miała mieć w domu jedną książkę o tej tematyce, z całą pewnością oddałabym nawet taki światowy bestseller jak ,,Odżywianie dla zdrowia" zostawiając sobie ,,Smak szczęścia". 

smak szczescia

smak szczescia

Choć temat jogi jest mi (póki co) obcy, to dobrze, że ten temat został w książce poruszony. On tam po prostu świetnie pasuje, jest potrzebny.

smak szczescia joga

Rzecz na którą ja, estetka, miłośniczka dobrej fotografii (nie tylko kulinarnej, ale też tej codziennej, jak zwykłam ja nazywać) jestem usatysfakcjonowana. Uwierzcie zdarzyło się nie raz, że otrzymałam do recenzji książkę, ale jej zdjęcia były w mojej ocenie tak fatalne, że wolałam jej temat przemilczeć, nie wypowiadać się na jej temat wcale.

smak szczescia

Nie będę zmyślać, że zdjęcia żywności i kwiatów zawarte w książce powaliły mnie na kolana, bo tak nie jest. Nie jestem zwolenniczka robienia zdjęć w pełnym słońcu (choć podejrzewam, że tu był to zabieg celowy), ale to staje się mało istotne, ponieważ w książce sporo jest zdjęć samej autorki, a one są, jak Agnieszka- prześliczne. Pewnie kiedy zdjęcia robi mąż, łatwiej zachowywać się naturalnie czy patrzeć w obiektyw z miłością (autorem zdjęć jest Robert Woliński, znany fotograf, prywatnie mąż Agnieszki).

smak szczęścia

,,Smak szczęścia" jest lekturą niezwykle wartościową. Zawiera informacje, o których każda kobieta, chcąca mądrze dbać o siebie i najbliższych powinna wiedzieć. Rady, wskazówki zawarte w tej książce, w mojej ocenie pomagają budować wewnętrzną harmonię, która jest przecież najlepsza drogą do szczęścia. To jest jedna z tych książek, które zachowam w głowie, serce i regale na zawsze.

Książkę możecie zamówić tutaj

smak szczęscia anieszka maciąg

Życzenia Wielkanocne...

vanilia81

wielkanoc_2016

Nadzieja bywa, jeżeli ktoś wierzy,
Że ziemia nie jest snem, lecz żywym ciałem,
I że wzrok, dotyk ani słuch nie kłamie.
A wszystkie rzeczy, które tutaj znałem,
Są niby ogród, kiedy stoisz w bramie.

Wejść tam nie można. Ale jest na pewno.
Gdybyśmy lepiej i mądrzej patrzyli,
Jeszcze kwiat nowy i gwiazdę niejedną
W ogrodzie świata byśmy zobaczyli.
Czesław Miłosz

Z okazji Świąt Wielkiej Nocy życzę Wam Kochani nadziei i wiary, że w ogrodzie tego świata czeka na nas jeszcze wiele pięknych chwil, uczuć i niespodzianek...

 

 

 

Napój imbirowy z miodem i cytryną po zimowym spacerze

vanilia81

napj_imbirowy_z_miodem_i_cytryn_1

Zbierałam się z tym wpisem trzy miesiące chyba, bo zdjęcia robiłam gdy spadł pierwszy śnieg. Sobotę sobie na to spadanie wybrał wiedząc jakby, że dzieci od rana w domu. Nie wziął natomiast pod uwagę tego, że Robert w pracy, a sanki (wersja xxl ) na strychu.... Weszłam na ten strych, sanki zniosłam, zaskoczona nie lada tym wyczynem. Teraz tylko poubierać. Ich i siebie. Ubrani, pozapinani, nakremowani. Czapki, szaliki, ok. Rękawiczki teraz. Z 10 par na stanie, żadna nie ma pary. Żadna. No nie pojmuje fenomenu. Szukamy. Kieszenie, tornister, za szafka na buty. Są! Któreś ze starszych w butach stojące musi sikać... 

Wychodzimy. Aparat włączam, szczęśliwa śnieg jest, zdjęcia zimowe będą! O nie, bateria została w ładowarce. W sypialni. Na górze. W jednym bucie skacze przez salon, po drugi aparat. Na sankach zasiedli, grzeczni wyjątkowo.

Wracam po tą baterię jednak. Bo to bez sensu przecież starym aparatem zdjęcia robić, jak nowy mam. Jestem. Gosia śnieg je. Pierwszy raz widzi w sezonie (a że mała to jakby w życiu) to go je. Lody zamiast trawnika, ha! Starsi się kulkami walą, po płocie wspinaczki urządzają, zawody chyba jakieś kto wyżej. Idziemy, ciągnę te sanki jak wół, sąsiedzi muszą mieć niezły polew ze mnie. Dzieci mają... Dotlenieni, zmarznięci, uśmiechnięci wracamy. Pół tuzina mokrych rękawiczek w powietrzu fruwa, szaliki, kurtki gdzie bądź rzucone, jakby wieszaków nie było. Śniegu tona na butach wniesionych już się topi. W szaliku jeszcze podgrzewam wodę i do dzbanka z tartym imbirem (przed wyjściem starłam, taka zorganizowana jestem ;)), wodę ciepłą wlewam, spoglądam na nich w między czasie i widzę... jak się pod koce ładują, o miejsca kłócą. Widzę te buzie od mrozu rumiane, te papcie i skarpetki zrzucone. Widzę jak się starszaki o Gosie najmłodsza troszczą, przykrywają, podusie poprawiają. Wtedy wiem. Wiem doskonale, że kompletnie bez znaczenia jest model aparatu, zgubione rękawiczki, mokre kurtki i ciapa w przedpokoju. Bo najważniejsze, że ten śnieg spadł i że sanki takie długie, że ich wszystkich pomieścić zdołały, na strychu stały, że siedząc pod kocem książeczkę ulubioną możemy czytać, popijać ciepły napój imbirowy. Zdrowi. wszyscy. Razem.

Napój robię na oko, to będzie jakoś tak:

  • Niewielki (ok 3-4 cm) kawałek imbiru (w zależności od tego jaką intensywność jego w napoju akceptujecie), obieram (najwygodniej robić to małą łyżeczką), a następnie ścieram na tarce o drobnych oczkach, by po starciu otrzymać łyżkę tartego imbiru. Dodaje 3 łyżki miodu i sok z połowy cytryny. Zalewam wszystko  litrem (albo trochę mniej) ciepłej wody (nie gorącej, miód straciłby swoje wartości). 

napj_imbirowy_z_miodem_i_cytryn_61

 

napj_imbirowy_z_miodem_i_cytryn_71

napj_imbirowy_z_miodem_i_cytryn_8

 

napj_imbirowy_z_miodem_i_cytryn_9

napj_imbirowy_z_miodem_i_cytryn_41

napj_imbirowy_z_miodem_i_cytryn_101

yeti_zakamarki

 

© Ciasteczkolandia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci