Menu

Ciasteczkolandia

Ucierana babka kasztanowa i kilka słów życzeń...

vanilia81

babka_kasztanowa_1

Pamiętam dokładnie moje rozczarowanie gdy pierwszy raz skosztowałam kremu kasztanowego ze słoiczka, a później zachwyt na babeczkami (klik), które z jego wykorzystaniem powstały. Cała tajemnica tego kremu polega na tym, że całą swą moc ujawnia gdy wykorzystany jest jako dodatek do wypieku. Przyszła więc kolej na wykorzystanie tego kremu w kolejnym cieście.

Skorzystałam z klasycznego przepis na babkę ucieraną, zmniejszyłam tylko ilość cukru, pominęłam zbędne w tej wersji dodatki i aromaty w zamian dodając krem kasztanowy właśnie. Mięciutka, wilgotna, o charakterystycznym, bardzo przyjemnym posmaku kasztanów. Całość wieńczy gęsta polewa czekoladowa i chrupiące orzechy. Bardzo polecam, nie tylko na Wielkanoc, z cała pewnością powtórzę ten wypiek jesienią...

Korzystając z okazji...

Życzę Wam Kochani pięknych Świąt. Takich, w takcie których znajdziecie czas by wybrać się na spacer i wsłuchać w śpiew ptaków, by  w spokoju, bez pośpiechu napić się ciepłej kawy. Świąt bez komputerów, laptopów i telefonów. Życzę Wam radości i spokoju w sercach. Bądźcie zdrowi, szczęśliwi i uśmiechnięci.

Składniki:

  • 150 g mąki pszennej
  • 100 g mąki ziemniaczanej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 200 g miękkiego masła
  • 4 duże jajka
  • 90 g cukru
  • 200 g kremu kasztanowego

Żółtka oddzielić od białek.

Białka ubić ze szczypta soli, odstawić.

Masło utrzeć na puszystą masę, stopniowo dodawać żółtka i cukier i krem kasztanowy, dobrze zmiksować.

Do masy dodać i delikatnie połączyć z białkami.

Przesiać obie mąki z proszkiem, ostrożnie wymieszać do połączenia się składników.

Formę do babki (albo taką z kominem) wysmarować masłem, obsypać mąką.

Przelać ciasto i piec w nagrzanym do 180ºC piekarniku przez ok. 30-40 min.(wbity drewniany patyczek ma być suchy).

Wyjąć z piekarnika, odstawić, po ostygnięciu odwrócić do góry nogami na talerz by ciast wyszło w formy.

Polewa:

  • 60 g masła
  • ¼ szklanki cukru
  • 2 łyżki kakao
  • 2 łyżki mleka
  • 2 łyżki gorzkiego kakao

Wszystkie składniki umieścić w małym rondelku, roztopić na małym ogniu, mieszając, aż składniki się połączą i powstanie polewa.

Poczekać aż chwile przestygnie, polać babkę, ozdobić (u mnie dwiema garściami mieszanki posiekanych orzechów).

 

 

babka_kasztanowa_2

babka_kasztanowa_4

 babka_kasztanowa_51

babka_kasztanowa_6

Kubeczki: Pastelowy dom (klik)

 

Pastelowe króliczki trzy...

vanilia81

krliczki_Richie_1

Szczerze mówiąc nie planowałam tego postu. Myślałam, że może kiedyś, przy jakiejś okazji Wam te króliczki pokaże, ale kiedy przyszły do nas i posadziłam je na półeczce, nie mogłam się powstrzymać by ich nie sfotografować... Jestem zakochana miłością beznadziejną w pastelach, a moje dzieci ponad wszystkie pluszowe zwierzątka kochają króliczki (vel zajączki) właśnie. No nie było innego wyjścia jak wkleić tu te zdjęcia i napisać kilka słów. A, że Wielkanoc tuż tuż to może ktoś pomysłu na prezent ktoś szuka i to jakaś wskazówka będzie...

Króliczki te (tudzież zajączki, bo ja bym optowała za tą drugą  wersją) nazywają się Richie są marki Happy Horse (trochę dziwna nazwa jak na producenta króliczków głównie prawda? ;) pochodzą z Holandii i na świecie pokochały je już tysiące dzieci. Mięciutkie, ślicznie wykonane, dostępne w czterech kolorach (jest jeszcze cudna mięta) i rozmiarach (nasze to te średnie).

Richie to kandydat na najukochańszą przytulankę. Taką wiecie, która po ośmiu latach będzie wymiętolona, sto osiem razy prana, z naderwanym uchem, ale taką którą dziecko rozpozna wśród tysiąca innych (choć rodzice i tak zapobiegliwie zakupią drugą na nie chcąc sobie nawet wyobrażać co by było gdyby numer jeden gdzieś się zgubił...). Taką bez której nie ma snu. Którą dziecko będzie taszczyło ze sobą wszędzie, bez względu czy chodzi o nockę u dziadków czy zakupy w Lidlu. Taką, której nie odda za żadna inną, nową, najpiękniejszą na świecie nawet. O której z sentymentem będzie myślało jako dorosły już człowiek...

Zostawiam Was z tym pastelowym trio, jeśli tak jak ja lubicie pastele, jestem pewna, że się z nimi polubicie.

Króliczki znajdziecie tutaj: (klik)

półeczkę tu (klik)

pomponiki tutaj (klik)

Buziaki!

krliczki_Richie_2

krliczki_Richie

krliczki_Richie_4

krliczki_Richie_5

krliczki_Richie_61

krliczki_Richie_7

krliczki_Richie_8

krliczki_Richie_9

 

Hummingbird

vanilia81

gbird_1

Wiem, wiem...Wielkanoc za pasem i powinnam tu  jakieś baby, serniki i mazurki pokazywać, ale ostatnio ani czasu, ani ochoty na pieczenie niestety nie mam. To ciasto piekłam jakiś czas temu, zdjęcia sobie cierpliwie na dysku leżały, aż w końcu znalazłam chwilę by się nimi zająć, bo ciasto warte uwagi i szkoda, żeby go tu nie przedstawić. Jako anegdotę opowiem może, że wioząc je do rodziców, nie zapięłam dobrze opakowania na ciasto i znaczna jego część pięknie wylądowała na kanapie w samochodzie. Cała ja...

Hummingbird...(tłum.koliber) ciasto to pochodzi z południowej Ameryki. Jeśli lubicie ciasta marchewkowe to to również będzie Wam smakowało. Wilgotne, nafaszerowane soczystym ananasem, słodkimi bananami, chrupiącymi orzechami pekan, pachnące cynamonem i wanilią. Brzmi dobrze? To pokryjcie je teraz w myślach aksamitnym, słodkim kremem z białego serka i wanilii i posypcie uprażonymi wiórkami kokosa. Dla mnie bomba...

tortownica ok. 23 cm

temp. pieczenia 175ºC

Składniki:

  • 220 g mąki pszennej
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • łyżeczka cynamonu
  • 150 g brązowego cukru
  • 120 ml oleju roślinnego (rzepakowy, słonecznikowy)
  • 2 duże jajka
  • 1 łyżeczka esencji waniliowej (lub cukru waniliowego)
  • puszka ananasa
  • 200 g dojrzałego banana
  • 50 g wiórków kokosowych
  • 100 g orzechów pekan

polewa:

  • 120 g kremowego serka (kanapkowo- sernikowy)
  • 60 g miękkiego masła
  • 1 łyżeczka esencji waniliowej
  • 250 g cukru pudru
  • kilka łyżek wiórków kokosowych

Ananasa odsączyć, pokroić w kosteczkę.

Banana zmiksować blenderem (lub dobrze ugnieść widelcem).

Pekany posiekać (wcześniej odłożyć ok. 12 szt. do ozdoby)

Mąkę wymieszać z sodą i cynamonem.

W osobnej misce ubić jajka z cukrem, dolewając olej i esencję waniliową.

Masę jajeczną połączyć z mąką, dodać ananasa, banana, posiekane pekany, wiórki kokosowe, całość dokładnie wymieszać.

Dno foremki wyłożyć papierem do pieczenia, boki posmarować masłem.

Przelać ciasto i piec w temp. 175ºC przez ok. 50-60 min. (aż wbity w środek patyczek nie będzie obklejony surowym ciastem).

Po wyjęciu z piekarnika odstawić na pół godziny, a następnie przełożyć je na metalowa kratkę, zdjąć papier i zostawić by całkiem wystygło.

Kremowy serek zmiksować z masłem i esencją waniliową na gładką,kremową masę, a następnie miksując dodawać cukier puder. (gdyby było zbyt lejące można odstawić do lodówki, masło stężeje i polewa zgęstnieje).

Wiórki kokosowe uprażyć chwile na suchej patelni, aż zaczną wydobywać zapach i zrobią się złociste.

Pokryć wierzch i boki ciasta polewą.

Ozdobić podprażonymi na patelni wiórkami kokosowymi i połówkami pekanów.

Smacznego!

gbird_3

gbird_41

gbird_5

Pastelowy pokoik Małgosi czyli moja wersja pokoju małej dziewczynki

vanilia81

 IMG_8096

Zapraszam Was dziś do pokoju Małgosi, z którego migawki mieliście już okazję na blogu czy jeszcze częściej Instagramie moim widzieć ( i zawsze kończyło się to mailami z pytaniami skąd to, skąd tamto). Tym razem pokój ten nie będzie jednak tłem, a głównym tematem postu. Zerknijcie na zdjęcia, a niżej napiszę troszkę o nim, o produktach które wybrałam urządzając go a także podam do nich linki.

pokj_Magosi_2

pokj_Magosi_3

pokj_Magosi_4

pokj_Magosi_51

pokj_Magosi_6

pokj_Magosi_7

pokj_Magosi_8

pokj_Magosi_9

pokj_Magosi_10

pokj_Magosi_11

pokj_Magosi_12

pokj_Magosi_13

pokj_Magosi_14

pokj_Magosi_15

pokj_Magosi_16

pokj_Magosi_17

pokj_Magosi_18

pokj_Magosi_19

pokj_Magosi_20

pokj_Magosi_21

pokj_Magosi_22

pokj_Magosi_23

pokj_Magosi_24

Pokój Małgosi jest najmniejszy spośród pokoi dziecięcych w domu, pierwotnie według projektu miała znajdować się tu górna łazienka, ale ma fajny kształt i wnękę, którą być może córka jak dorośnie zachce zabudować kiedyś szafą.

Jest pastelowy, bo choć zachwycam się nie raz prostymi, pokoikami w skandynawskim stylu, gdzie biel i beż delikatnie okraszone są kolorami z podstawowej palety barw i gdzie raczej na próżno szukać różu ( i w tym kierunku zmierzałam urządzając pokój syna), to  nie ma się co oszukiwać, pastele to jest coś mi gra najgłośniej w sercu. Biel, pudrowy róż i szarość to  barwy na których opierałam się urządzając ten pokój, ale żeby nie było za nudno i mdło jest też kilka dobrze widocznych akcentów błękitnych.

Pokój został pomalowany na biało (jak zresztą prawie cała reszta domu). Nie, ściniany nie brudzą się jakoś szczególnie. Tak, gdybym malowała go raz jeszcze również byłby biały. Kusiły mnie przyznam pastelowe tapety w paski czy różyczki na niektórych ścianach, ale żal nam było okładać klejem nowe ściany. Nie są one jednak ,,gołe". Na każdej praktycznie coś wisi, a w okolicy łóżeczka nakleiłam gwiazdki. Było ich więcej, ale Gosia poodklejała (bez śladu się odklejają i naklejają ponownie) i teraz jest według jej projektu, tylko nad zagłówkiem łóżka ;)

Meble- białe, sosnowe, pamiętam, że kiedy pierwszy raz zobaczyłam je na żywo stanęłam jak wryta z zachwytu... Niedługo później, wprowadzając się do naszego domu, poznałam Madzię z Pretty Home która szczęśliwie większość  elementów tych mebli miała do sprzedania, bo syn szedł do pierwszej klasy i zmieniała mu je na coś bardziej młodzieżowego. Meble mają więc prawie dziesięć lat i nadal mają się dobrze. To jeden z powodów dla których jestem zdecydowaną zwolenniczką mebli z litego drewno ( z laminatem mam znacznie gorsze doświadczenia). W ich skład wchodzi komoda, szafa, regał, skrzynia (i ta skrzynia jest wybawieniem przed bałaganem, raz dwa wieczorem wrzucamy do niej zabawki i pokój wygląda na ogarnięty) oraz stolik z krzesełkami. Możliwość spersonalizowania tabliczek (np. na taka z imieniem) to bardzo miła opcja.

Wiszący regał/półka na książki z (naprawdę pojemnymi) szufladkami, zachwyca mnie solidnością wykonania, i pojemnością. Jest wiele opcji kolorystycznych do wyboru (również samych szufladek, do których po odwróceniu można przykręcić gałeczki do mebli). Taki rodzaj regału na książki bardzo się sprawdził, no i fajnie zagospodarował widoczna od wejścia do pokoju ścianę.

Domek- półka, na zabawki to mebel z gatunku tych uroczych, u nas jak widać dzielnie mieści całą ,,ciasteczkoladnię" Małgosi, ale czasami dziewczynki go opróżniają i staje się domkiem dla koników Pony albo sklepowa półką.

Półka z koralikami (nad komodą) jest ozdobą samą w sobie, jak tylko ja zobaczyłam, wiedziałam, że jest stworzona do tego wnętrza (tu również było wiele wariantów kolorystycznych do wyboru), taka wiecie na książkę, obrazek w ramce, którego nie chcemy do ściany przybijać, maskotkę ulubioną...Sama słodycz!

Wieszaczek - płotek. Wieszaczki bardzo się w pokoju dziecka przydają. Na bluzę po przyjściu z przedszkola, żeby na podłodze nie lądowała, na plecaczek, szlafroczek, koraliki, korony... ;) Miałam obawy, czy biała wersja  nie zleje na białej ścianie  i rozważałam wersje szarą, pozostałam jednak wierna temu, że meble są w tym pokoju białe i jest ok, wieszaczek jest widoczny, stanowiąc jednocześnie neutralne tło dla wiszących na nim skarbów.

Lampy- tu konsekwentnie, lampa wisząca, kinkiet i lampka stojąca (na pięknej, drewnianej nodze, z praktycznym ściemniaczem, starszej córce podobna z powodzeniem służy jako lampka biurkowa) są z tej samej kolekcji, podobnie zresztą jak widoczna na zdjęciach dwustronna pościel z wypełnieniem. Mogę z ręką na sercu polecić.

Dywan sznurkowy- oprócz tego, że umówmy się robi robotę samym wyglądem, jest wystarczająco duży i wygodny podczas zabawy, to dla mnie ogromnym atutem jest to, że wrzucam go do pralki i spokojnie piorę (Gosia ma alergie na roztocza, więc to ważna sprawa). Z dywanami z Cottonowe love wiąże się jeszcze piękna historia, o której muszę wspomnieć. Agnieszka, właścicielka sklepu, wprowadzając je do sprzedaży nie zrobiła tego jakby nakazywała ekonomia dla zysku, profitów finansowych własnych, ale dała zatrudnienie zdolnym, bezrobotnym Paniom ze swojej okolicy. Kochani Aga nie zarabia na dywanach nic. Cały zysk to wynagrodzenie za pracę dla tych Pań. Cudna to sprawa, że są ludzie noszący takie dobro w sobie, prawda?

Kuchnia drewniana- więcej pisałam o niej tutaj (klik). Śliczny element wystroju pokoju, a przede wszystkim ważna zabawka w codziennej zabawie Małgosi. Trochę też mebel, bo jest pojemna i mieści mnóstwo zabawkowych, kuchennych skarbów.

Cottonballsy czyli lampki-kuleczki, myślę, że mój mąż spodziewa się, że pewnego dnia powieszę mu je także w garażu, są one bowiem tak wszechobecne w naszym domu i tak lubiane przeze mnie. Uważam, że są ślicznym dodatkiem, tworzą przytulny klimat w pomieszczeniu, a zapalone to już w ogóle jest poezja.

Girlandy gwiazdki- bardzo żałuję, że obsługa maszyny do szycia to dla mnie czarna magia, bo gdybym umiała szyć, szyłabym takie cuda na okrągło. Długa girlanda ozdobiła pustą ścianę nad domkiem i stolikiem ( nie chciałam tam akurat wieszać obrazków). Choć wcześniej wisiała pionowo przy szafie i też fajnie wyglądała.

Ważną i lubianą przeze mnie rzeczą (nie tylko w pokoju dzieci) są poduszki. Są elementem ocieplającym wystroju pokoju, ale przede wszystkim służą dzielnie do codziennym użytku. Taką poduszkę można pod główkę podłożyć czytając książeczki, można ją w wózeczku wozić, a i nocne wędrówki do łózka rodziców są z nią raźniejsze... Sarenka, kura, chmurka i gwiazdka to te ulubione Małgosi.

Walizeczki- jestem ich wielką fanką. Są subtelna ozdobą i ułatwiają w utrzymaniu porządku przez małą właścicielkę. Na kredki, spineczki, puzzle nie do pary, klocki, małe zabawki, ubranka dla lalek, okulary słoneczne...;)

 

Produkty znajdziecie :

Meble (szafa, komoda, skrzynia, stoik i krzesełko) Pinio (klik)

Regał na książki z szufladkami, drewniany domek i  wieszaczek płotek Bambooko (klik)

Łóżko, zasłony i poduszka chmurka - Ikea

Lampy (wisząca, stojąca i kinkiet) , pościel i ramki na zdjęcia -  Lamps& Co (klik)

Poduszka sarenka i naklejki gwiazdki - Eclectiv living (klik)

Półka z koralikami nad komodą i girlandy z gwiazdkami - I haha vintage (klik)

Kuchnia (Tidlo) Piccoland  (klik)

Drewniane zabawki Piccoland (klik) oraz Smarkacz (klik)

Dywan: Cottonowe love (klik)

Cottonballsy (lampki-kuleczki) Cottonowe love (klik)

Plakaty -  Lemon Ducky (klik)

Lalki (w wózku i na półeczce) oraz lampki stojące na kuchni (ciasteczko, mleko) Tender and Cute (klik)

Wózek : Wooden Story (klik)

Walizeczki- Pastelowy dom (klik)

Królik przy łóżku: Lulaki (klik)

Wiklinowe kosze na regale przy szafie Home and You (klik)

Książki nieprzeczytane.pl (klik) i wydawnictwo Zakamarki (klik)

Jeśli coś przeoczyłam a chcielibyście wiedzieć skąd pochodzi, pytajcie śmiało w komentarzu.

Dobrego Dnia Kochani!

 

Sułtańskie kwadraciki owsiane z daktylami

vanilia81

sutaskie_ciasto_z_daktylami_1

W środku tygodnia tak wpadam podsyłając przepis na słodkie małe daktylowe co nieco. Mnie te kwadraciki zachwyciły smakiem i prostota wykonania. Miękki owsiany spód, dżem daktylowo- porzeczkowy (który zrobicie sami w kwadrans) i chrupiąca posypka. Fani daktyli będą w niebie, cała reszta ręczę z przyjemnością także skubnie jeden czy dwa do kawki.

Składniki:

  • 300 g suszonych daktyli (bez pestek)
  • 100 g porzeczek (mogą być mrożone)
  • skórka starta z pomarańczy (najlepiej umytej niewoskowanej)
  • 180 g mąki pszennej
  • 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
  • ½ łyżeczko mielonego kardamonu
  • szczypta soli
  • 90 g brązowego cukru
  • 170 g zimnego masła
  • 100 g płatków owsianych (zwykłych, górskich)

Daktyle pokroić (każdy tak na 2-3 kawałki), wrzucić do rondelka, dodać porzeczki i zalać 500 ml wody  zagotować, zmniejszyc ogień i gotować jeszcze 15 min.mieszając od czasu do czasu. Powstanie gęsta masa podobna do dżemu (jeśli nie cała woda się wchłonęła, należy ją odlać). Dodać starta z pomarańczy skórkę, wymieszać i odstawić do ostudzenia.

Mąkę z proszkiem przesiać do miski, dodać cukier, kardamon i szczyptę sól, wymieszać.

Dodać pokrojone w kostkę masło i zagnieść (najwygodniej w robocie kuchennym).

Na koniec dodać płatki owsiane i i wymieszać dłońmi, ciasto będzie przypominało posypkę.

Foremkę do ciasta o wymiarach 20 x 30 cm posmarować w kilku miejscach masłem, wyłożyć papierem do pieczenia.

Przesypać do foremki ok. 2/3 ciasta i ugnieść, tak by utworzyć równy spód.

Nałożyć na to masę daktykowo- porzeczkową, a następnie posypać pozostałym ciastem, tworząc większe grudki- posypkę.

Piec w piekarniku nagrzanym do 180ºC  przez ok. 35-40 mi., aż ciasto się lekko zarumieni.

Odstawić by ciasto całkiem przestygło, a następnie pokroić w kwadraty.

Smacznego!

 

 

Beż & krem...(recenzja książek o szczęściu)

vanilia81

Julia_Rozumek__hygge_1

Zastanawiając się nad tytułem tego postu, zdałam sobie sprawę, że najmilszym mi kolorami tej zimy były beż i krem. Bo i kanapę mam beżową i koc podszyty minky w tym kolorze i świece, które paliłam na okrągło w ostatnich miesiącach w tych tonacjach były. Ukochana książka ma beżową okładkę, a wszystkie wypite kawy opatulone były przecież kremową pianką.

O książkach idealnych do czytania pod kocem dziś będzie. Tak na te ostatnie zimowe wieczory...

Pamiętam, że pisząc rok temu o książce Iwony Wiśniewskiej (klik) myślałam, że pewnie długo będę musiała czekać na kolejne, tak piękne, mądre, dojrzałe i głębokie kobiece opowiadania. Okazuje się, że czekałam tylko niespełna rok, bo książkę, która jest zbiorem czteroletnich zapisek blogowych wydała Julia Rozumek (nomen omen obie autorki są koleżankami). Że z Julią się znamy, pamiętacie może z tego postu (klik), co nie zmienia faktu, że gdybyśmy nigdy czasu na rozmowę wspólną nie znalazły, to mój zachwyt książką byłby mniejszy. Z pewnością nie.

Każde z opowiadań w tej książce (a jest ich sporo, książka ma prawie 400 stron) jest swoistym drogowskazem ku szczęściu. Taką lupą dzięki której możemy pewne rzeczy w naszym, często pędzącym życiu dostrzec. Julia magią słowa sprawia, że czytelnik na chwilę zwalnia. Drobiazgi dostrzega, dobrym człowiekiem chce być. Przypomina sobie, a czasem wręcz odkrywa, że szczęście to obrazek stworzony z drobnych puzzli i że te puzzle pod nogami leżą, tylko nie zawsze się je widzi albo sięgnąć mu się po nie nie chce, bo czasu mało na takie pierdoły, bo wygodniej ponarzekać.

Książka utwierdza w przekonaniu, że dom i rodzina jest absolutnie wszystkim. Początkiem i końcem. Wszechświatem całym. Można się przy niej pośmiać, choć łzy, które uronicie czytając ją będą raczej tymi ze wzruszenia... Może się zdarzyć, że czytając tekst któryś ukuje zazdrość, a z pewnością skłonią do refleksji nad życiem, codziennością, uświadomią jak wiele zależy od nas samych.

Julia każdym opowiadaniem z życia swojego, czy ludzi na swej drodze spotkanych uczy szacunku, cierpliwości, spokoju i pokory. Daje się poznać jako najzwyklejsza kobieta, która po prostu z sił całych o swoje szczęście walczy i buduje je każdego dnia.

Czyta się ją lekko, bo językiem wyjątkowym jest pisana, takim co to go w szkole nie nauczą. Takim, że albo się go nosi w sercu, z domu może wyniesie, albo się go nie ma i już. I jak sobie pomyślę, o jej pani polonistce, co  tłuste włosy miała, gumką recepturką spięte, która za każde słowo wypowiedziane czy napisane ,,dwóje"  jej wlepiała, to śmiać mi się chce strasznie...I jako czytelniczka wdzięczna jestem jej tacie bardzo, ze po rozmowie z tą panią odbytą powiedział Julii ,,nie przejmuj się nią za bardzo, rób swoje"...

To taka książka, gdzie z każdą przełożoną kartką żal w człowieku większy, że ku końcowi się zbliża. Na szczęście do tych opowiadań można wracać. Powinno się nawet. I to nie tylko pod kocem, bo pewna jestem, że na wakacje też ją ze sobą wezmę, by na piasku leżąc poczytać.

Z serca całego polecam, zalecam, namawiam...Zróbcie sobie prezent na Dzień Kobiet i dajcie znać potem, że było warto...

Książka do nabycia w sklepie Julii tutaj (klik)

 Julia_Rozumek__hygge_2

Julia_Rozumek__hygge_3

Julia_Rozumek__hygge_4

    

Julia_Rozumek__hygge_6

Julia_Rozumek__hygge_7

Julia_Rozumek__hygge_8

Julia_Rozumek__hygge_9

Julia_Rozumek__hygge_10

Julia_Rozumek__hygge_11

Tak, wiem. Nie kupuje się książki po okładce, no ale ja w tym przypadku się powstrzymać nie mogłam. Ja ją oczami wyobraźni widziałam jak się w zimowy wieczór mieni w blasku świecy i nie wyobrażałam sobie, by jej treść mogła zawieść.

I nie zawiodła. ,,Hygge. Duńska sztuka szczęścia" Marie Tourell Soderberg to bardzo przyjemna w odbiorze książka. Hygge to wyraz, który jest nieprzetłumaczalny dosłownie na język polski, ale mieści w sobie wszystko co związane ze szczęściem, ciepłem, bliskością, a co odnaleźć możemy w zwykłych na pozór, codziennych czynnościach.

Autorka bardzo dogłębnie przybliża tą duńską filozofię, która sprawia, że Duńczycy od lat uważani są za najszczęśliwszych ludzi na świecie. Opatrzona wieloma zdjęciami, znajdziecie w niej nawet przepisy kulinarne. Przyjemna, ciepła, ciekawa no i piękna. Idealna lektura na zimowy czas.

Zamawiałam ją tutaj (klik)

Julia_Rozumek__hygge_12

Julia_Rozumek__hygge_13

Julia_Rozumek__hygge_14

IMG_7766

IMG_7713

Jeśli temat hygge Was zaciekawił to polecić też mogę książkę J.Alexander i I. Sandahl ,,Duński przepis na szczęście" (klik). W tej książce autorki nacisk położyły na metody wychowania dzieci w duchu hygge właśnie. Przeanalizowały co sprawia, że duńskie dzieci wyrastają na szczęśliwe, odporne na przeciwności losu, zdolne do podejmowania decyzji. O ile sceptycznie do poradników podchodzę, to z czystej ciekawości do tej książki zajrzałam i ku radości mojej okazało się, że poprzez tą naszą wyprowadzkę na wieś, rezygnację z zajęć dodatkowych dla dzieci i postawienie na zabawę i spędzaniu wolnego czasu rodzinnie, wychowujemy je bardzo hygge, więc  mam nadzieję, ze wyrosną na szczęśliwych ludzi... ;)

Na zdjęciach także:

koc: La Millou (klik)

kubek emaliowany: The Muggiest (klik)

świeca: Yankee Candle (klik)

Raz jeszcze polecam powyższe książki i mnóstwa ciepłych chwil  z rodziną i dobrą lekturą, oczekując nadejścia wiosny Wam życzę.

 

Nasz TOP 4 ulubionych gier planszowych dla dzieci (nie tylko na ferie)

vanilia81

20

Długie, ciemne, ciągnące się w nieskończoność wieczory sprzyjają bardzo rodzinnym grą. Nie wiem czy był tej zimy dzień, żeby dzieci w którąś z gier ,,planszowych" nie grały. I bardzo mnie to cieszy, bo taki rodzaj spędzania czasu ma same zalety.

Wytypowałam dziś cztery gry. Te takie ulubione nasze. Te, których nazwy są z euforią wykrzykiwane, gdy pada pytanie ,,w co chcecie grać?". I tak mi teraz do głowy przyszło, że jeszcze nie całkiem ten świat zwariował skoro na tak zadane pytanie nasze dzieci wymieniają  nazwy przedstawionych dziś gier, a nie jakieś z aplikacji na Ipadzie...

W każdą z tych gier śmiało (nie nudząc się przy tym...) mogą, a czasem wręcz powinni grać z dziećmi rodzice. Nasza trzy letnia Małgosia gra zawsze z nami, oczywiście daje więcej czasu na odpowiedź, czasem jej pomagamy, ale generalnie daje radę.

Każda z nich działa trochę inaczej. Inną mam wrażenie odgrywa rolę w rozwoju dzieci, choć oczywiście gramy w nie przede wszystkim by fajnie spędzać czas razem, dobrze się przy tym bawiąc.

Pierwsza z gier potrafi do łez wzruszyć, druga rozśmieszyć, trzecia dostarcza wiedzy, a czwarta uczy pokory. Łączy je natomiast to, że reguły każdej z nich można wyjaśnić w minutę, co cenię niezwykle, bo nie należę do osób cierpliwych...

 

17

21

31

41

51

61

71

Zacznę od gry która urzekła mnie najbardziej...

Pytaki bo od tej grze mowa, jest najbardziej rodzinną grą jaką znam. Posługując się modnym ostatnio duńskim słowem, powinnam napisać, że czas z nią spędzony jest bardzo hygge....

Gracze siadają razem i losują z woreczka żetony- „pytaki”, a następnie odpowiadają na zadane na nim pytanie/ wykonują polecenie.
Gramy w nią tylko, gdy jesteśmy w w komplecie i nie wyobrażam sobie grać w nią inaczej (choć oczywiście można)

Gra oprócz kluczowych żetonów posiada też kostkę i karty uczuć, ale my najczęściej upraszczamy reguły i po po prostu, po kolei losujemy pytaki i odpowiadamy. A pytania są różne. I takie, z których dzieci mogą się dowiedzieć jak poznali się rodzice, kto o czym marzy, za co kogoś lubi, co wspomina, co docenia, czego mu brakuje, za co ma żal, co by zmienił. Wzrusza mnie niesamowicie zawstydzenie Antosia, kiedy o uczuciach przychodzi mu mówić, kiedy dowiaduje się o marzeniach osób mi najbliższych, kiedy dzieci w skupieniu, zaciekawione słuchają odpowiedzi na nieznane im historie rodzinne.

Absolutnie cudowna w swej prostocie. Tworzy piękne relacje, buduje świadomość emocjonalną, wzmacnia więzi rodzinne, uczy empatii, słuchania i wypowiadania się (a starsze dzieci również czytania), ćwiczy cierpliwość, pokazuje jak bardzo ważną i naturalną rzeczą w rodzinie jest/powinien być dialog.

Gra jest genialnym wynalazkiem w podróży. Niedawno czekała nas kilkugodzinna podróż samochodem z dziećmi. W ostatniej chwili przed wyjściem wrzuciłam woreczek z pytakami do torebki, a potem po trzystu pokonanych kilometrach, kiedy już pomysły i siły by zminimalizować ilość dobiegających z tylnego siedzenia pytań ,,daleko jeszcze?" się wyczerpały, wyciągnęłam Pytaki i miałam wrażenie, że brakujące sto kilometrów pokonaliśmy w kwadrans, tak szybko i miło upłynął nam czas. Bardzo, bardzo polecam... 

Zamówić można tutaj (klik)

81

91

101

Dobble  no to jest hit! W malutkiej, poręcznej, metalowej puszce znajduje się plik okrągłych kart z obrazkami. Różnymi porozrzucanymi przedmiotami, znakami. Zabawa polega na tym, żeby jak najszybciej odnaleźć na swojej karcie i karcie wspólnej dla wszystkich graczy dwa te same przedmioty. Tylko od naszej spostrzegawczości czy szybciej od pozostałych graczy (lub gracza) znajdziemy swoją obrazkową parę.

Rysunki są różnych wielkości i pląta się to i proste nie jest czasami. Maja z Antkiem koszą nas- rodziców równo. Lepsze oczka mają, szybciej im te styki w główkach łapią, a śmiechu i radochy przy tym na sto dwa. I często głowy byśmy dali sobie głowy uciąć, że tym razem pary nie ma, no bez szans, a potem się znajduje...

To gra w która mogą grać trzy latki i ich pradziadkowie. Często grają w nią sobie Antoś (5 lat) z Małgosią(3 lata). Zawsze wrzucam ją do torebki, gdy idziemy do lekarza czy znajomych, albo dzieciom do plecaczka, gdy idą do dziadków. Z tego co widzę są tez inne, bajkowe jej wersję, my mamy tą klasyczną żółtą. Super sprawa.

Dobble znajdziecie tutaj  (klik)

111

121

131

5 sekund junior to popularna, mocno reklamowana gra, ale warto o niej wspomnieć, bo też fajnie się przy niej bawimy. Reguły są proste, mamy pokaźny zestaw pytań, po odczytaniu pytania gracz ma 5 sekund (liczone za pomocą dołączonego czasomierza) na odpowiedz. Pytania są proste, cała sztuka w tym, by zebrać myśli i w te 5 sekund przełożyć je na słowa, co gwarantuje nie zawsze jest takie proste. Język się plącze, odpowiedzi chowają się gdzieś z tyłu głowy, albo nasuwają się jakieś strasznie dziwne, śmieszne, głupie. Małgosia na pytanie ,,co można schować do kieszeni" zawstydzona odpowiedziała ,,cukieraska"...Każda dobra odpowiedź wypowiedziana na czas, to ruch kostką i krok w kierunku mety i wygranej. Dużo śmiechu, troszkę adrenaliny, odrobina rywalizacji i całkiem sporo wiedzy. My mamy wersję junior (z osobnymi pytaniami dla dzieci i dorosłych) ale z tego co widzę w podanym linku są też inne wersje.

Znajdziecie je tutaj (klik)

 151

161

171

18

19

Farmer - pisząc o tej grze, nie mogę sobie odmówić zacytowania kulisów jej powstania...

,,Superfarmer to gra, która powstała w Warszawie w 1943 roku. Nosiła wtedy tytuł "Hodowla zwierzątek". Jej autorem jest wybitny polski matematyk, profesor Karol Borsuk. Gdy Niemcy zamknęli Uniwersytet Warszawski, profesor został bez pracy. W czasie wojny ludzie dokonywali cudów pomysłowości w poszukiwaniu źródeł utrzymania. Pomysłem profesora na ratowanie budżetu rodzinnego była sprzedaż gry. Zestawy do "Hodowli zwierzątek" przygotowywała metodami domowymi żona profesora, pani Zofia Borsukowa. Autorką rysunków zwierzątek była pani Janina Śliwicka. Gra zyskała wielką popularność - najpierw wśród przyjaciół rodziny, a potem w coraz szerszych kręgach osób znajomych i nieznajomych. W domu państwa Borsuków rozdzwonił się telefon, a w słuchawce, co i rusz można było usłyszeć pytanie: Czy to hodowla zwierzątek? Po potwierdzeniu następowało zamówienie i gry trafiały do sklepu.

Gra bawiła nie tylko dzieci, wciągała także dorosłych, pomagając im przetrwać smutne okupacyjne wieczory. Oryginalne egzemplarze gry spłonęły wraz z miastem w czasie powstania warszawskiego, w sierpniu 1944 roku. Szczęśliwie jeden z egzemplarzy zachował się poza Warszawą i wiele lat po wojnie wrócił do rodziny Borsuków.

W czerwcu 1997 roku z inicjatywy pani Zofii Borsukowej, z okazji jej 90 urodzin oraz w 15 rocznicę śmierci profesora Karola Borsuka "Hodowla zwierzątek" została wydana przez Grannę pod tytułem "Superfarmer", by bawić kolejne pokolenia dzieci i rodziców.

Gra polega na losowaniu za pomocą dwoma dwunastościennymi kostkami z obrazkami zwierząt. Po wylosowaniu pary do naszej farmy trafia dane zwierzątko, przy czym niektórych gatunków jest na kostkach dużo, innych niewiele. Zwierzęta możemy wymieniać, możemy za nie kupić psa, który z kolei uchroni nasza farmę przed listem czy wilkiem, bo te wylosowane pozbawiają części bądź  całego inwentarza. Wygrywa osoba, która zdobędzie przynajmniej po jednym zwierzątku z każdego gatunku. Gra uczy myślenia strategicznego, ale tez pokory w przyjmowaniu porażek, bo czasem jeden pechowy rzuć kostka może nas pozbawić wszystkiego.

Znajdziecie ją tutaj (klik)

To taki nasz subiektywny wybór gier, jeśli macie swoje typy, gry warte polecenia podzielcie się nimi proszę w komentarzu, chętnie je poznam.

Miłych chwil i pięknych emocji podczas wspólnego grania Wam życzę.

 

Rafaello w wersji fit (na bazie kaszy jaglanej)

vanilia81

rafaello_fit_1

Uwielbiam Rafaello. Dzieci natomiast (które miłość do tych kokosowych kuleczek odziedziczyły po matce najwidoczniej) kocham znacznie bardziej i dlatego zaczęłam kombinować przy zdrowej wersji tego naszego przysmaku.

Bazę w tej wersji stanowi delikatna, bardzo zdrowa kasza jaglana, gotowana na mleku kokosowym, z dodatkiem wiórków kokosowych, mielonych (no i całych ukrytych w środku) migdałów, odrobiny oleju kokosowego i ksylitolu.

Wersja naprawdę smaczna, z przyjemnością i bezkarnie je podjadaliśmy. Dzieciom bardzo smakowały, choć Maja zauważyła brak kremu i wafelka w środku.

Smaczna, zdrowa, pożywna przekąska, albo dodatek do kawy. Nie są pracochłonne, trochę zajmuje jedynie gotowanie kaszy. Odpowiednio opakowane mogą stać się miłym, słodkim prezentem.

Składniki:

(na ok 25 sztuk)

  • 100 g  kaszy jaglanej
  • 600 ml mleka kokosowego (lub migdałowego)
  • 100 g wiórków kokosowych (+50 g do obtoczenia)
  • 2 łyżki ksylitolu (lub miodu)
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • 2 łyżki mielonych migdałów
  • garść obranych, całych migdałów
  • 1/4 łyżeczki esencji waniliowej (opcjonalnie)

Kaszę uprażyć kilka minut na suchej patelni, a następnie przelać wodą (by nie była gorzka)

Zalać ją mlekiem kokosowym i gotować na średnim, a pod koniec małym ogniu, mieszając od czasu do czasu, aż mleko całkiem się wchłonie, a kasza będzie miała postać miękkiej, gęstej, zwartej masy (może to trwać nawet 40 minut.)

Dodać olej kokosowy, wiórki, mielone migdały, ksylitol i esencję waniliowa. Całość dokładnie wymieszać.

Formować kuleczki wielkości Rafaello, w środek każdej wsunąć obrany migdał, a następnie obtoczyć w pozostałych wiórkach kokosowych.

Odstawić do lodówki i tam też najlepiej je potem przechowywać.

ps. Jeśli kuleczkami będziemy częstować małe dzieci, warto w kilku sztukach pominąć migdał w środku. Nie wiem jak was, ale mnie kusi dodanie zamiast ekstraktu waniliowego łyżki likieru Malibu, choć oczywiście wtedy już nie będą takie fit... ;)

Smacznego!

rafaello_fit_3

rafaello_fit_4

 

Kraina Mlekiem i Miłością płynąca...

vanilia81

kraina_mlekiem_i_mioci_1

Dziś o niezwykłym projekcie będzie ale, że kwestia dotyczy karmienia piersią opowiem może najpierw jak to wyglądało u nas...

W oczach wielu nie jestem pewnie super - hiper dzielną eko mamą, bo każde z moich dzieci przyszło na świat poprzez cesarskie cięcie (na życzenie o zgrozo). Nie używałam wielorazowych pieluch, nie prałam ubranek w orzechach, nie nosiłam ich w chustach (na bank bym pochrzaniła to wiązanie i skończyło by się katastrofą). Pierwszą córeczkę zdarzało mi się karmić zupkami ze słoiczka i chcą dobrze szczepiłam ją na co tylko się dało. Ale karmiłam piersią. Cała trójkę. Każde prawie rok.

I pamiętam doskonale ten dyskomfort przy pierwszych ich przystawianiach do piersi, ten ból kiedy podczas karmienia macica boleśnie się obkurczała. I tą tablice na ścianie w pokoju szpitalnym z wypunktowanymi pozytywami karmienia piersią pamiętam, najbardziej pkt.9 ,,szybszy powrót do sylwetki sprzed ciąży" ;) , co zresztą prawdą się być okazało. Te tysiące wkładek laktacyjnych, o których bym chyba doktorat mogła napisać też pamiętam. I te bluzki z ukrytymi nacięciami ułatwiającymi karmienie z sieciówki znanej, które mi życie ratowały. To że przez pierwsze miesiące byłam z dziećmi nierozłączna. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Non stop. Nie mogłam się w środku nocy obrócić na drugi bok, bo mąż poda butelkę. Musiałam być. 

Pamiętam także doskonale jak kilkanaście dni po porodzie Antosia wylądowałam w szpitalu z kolką nerkową, odłączona od niego, nafaszerowana lekami i syn musiał przejść na żywienie sztuczne. Tą walkę potem ze łzami w oczach po nocach pamiętam, by zechciał do tej piersi wrócić, choć ta butelka tak bardzo mu się już zdążyła spodobać. I pomoc Roberta pamiętam tak dokładnie. To jego wsparcie bezcenne wtedy.

Ale mimo tych niełatwych początków, cały ten czas karmienia utkwiło mi w pamięci jako coś wyjątkowego, niezapomnianego. Czułam się potrzebna, niezastąpiona, mogłam dać im coś wyjątkowego. Karmienie było dla mnie też czymś bardzo wygodnym. Nie biegałam po nocy z butelkami, proszku po ciemku nie musiałam do wody z termosu wsypywać, nic podgrzewać, tylko dzidzie przytulić i już. Żadnego cudowania, wyparzania, butelek wybierania, debatowania nad wielkością dziurki w smoczku, dbania o to by ta puszka z mlekiem zawsze pełna była.

Można nie być fanem karmienia naturalnego, ale nikt nie podważy chyba tego, że pokarm mamy jest cudem natury. Czymś nie do podrobienia. Żadna fabryka, żadni naukowcy sowicie opłacani przez ogromne koncerny jak dotąd nie stworzyli czegoś co mogłoby tak naprawdę konkurować z mlekiem mamy. Moja przyjaciółka rodząc synów w Irlandii usłyszała od tamtejszej położnej ,,Piersią? Piersią karmią u nas tylko Polki" Smutne to trochę prawda?

Nie mniej daleka jestem od negowania, wytykania mam niekarmiących, bo różne są przecież sytuacje. Może któraś z nich nie ogrania samego aktu karmienia, tego, że ja ktoś ssie, może ta fizjologia, produkowanie przez nią mleka przerasta tak, jak mnie przerósł poród naturalny i wszystko co z nim związane? Tak przecież może być! Może mnie przerażał poród siłami natury, a inną mamę kwestia przystawiania do piersi. Może ktoś leki bierze i nie karmienie jest niemożliwe, może dziecko płacze w niebogłosy przy piersi, laktacja jest nie rozkręcona jeszcze, a nie nie ma kto jej wesprzeć w tych początkach trudnych...

I bez względu na to jak drażnią mnie zdania niektórych babć noworodków wygłaszane swoim córką ,,ja nie miałam pokarmu, to ty tez nie będziesz mieć", ,,ono się nie najada", ,,na noc daj mu flachę to się wyśpisz" albo jak irytuje najzwyklejsza wygoda w tej kwestii młodych mam (wyjść z domu mogę, tata nakarmi, mogę się wyspać i nosić normalne biustonosze i bluzki), to gryzę się w język, bo to nie moją sprawa. Nie moje ciało i  nie moje dziecko. Bo kwestią najważniejszą w mojej ocenie jest tu jedna podstawowa rzecz: szacunek. 

Jeśli jednak na drodze mojej staje projekt taki jak Kraina Mlekiem i Miłością płynąca, to z sił całych go wspieram.

To projekt fotograficzny (mogłyście o nim słyszeć w Dzień Dobry TVN, który jest jej patronem medialnym) skupiający fotografów z całej Polski, którzy na swoich zdjęciach uwieczniają karmiące naturalnie mamy. W przepiękny sposób potrafią oni uchwycić naturalną bliskość matki i dziecka i tym samym, swoimi zdjęciami przyczyniają się do propagowania karmienia naturalnego. 

Sukces Krainy przeszedł najśmielsze oczekiwania założycielki (tak miło się składa mojej serdecznej koleżanki, dobrej, mądrej i niezwykle zdolnej) Agnieszki Dziduszkiewicz. Efektem ogromnego zainteresowania i poparcia tej inicjatywy było powstanie fundacji.

Co roku Kraina wydaje piękne kalendarze, których całkowity przychód przeznaczany jest na cele charytatywne. W ubiegłym roku pieniądze przekazano preadopcyjnemu ośrodkowi dla dzieci w Otwocku, w tym roku w całości zostaną one przekazane na rzecz Oddziału Wcześniaków i Patologii Noworodka w szpitalu św. Zofii w Warszawie.

Wspomnę też, bo to ważne, że kraina nie ma nic wspólnego z tzw.,, terrorem laktacyjnym". Podobnie jak ja szanuje decyzję każdej kobiety w tej kwestii, chodzi tylko i wyłącznie o to, by wspierać mamy, które karmią i te, które karmić naturalnie planują. Poprzez fotografię, ale także wykłady, tworzenie w miejscach publicznych kącików do karmienia, pokazać jak piękną, wyjątkową i ważną rzeczą w życiu matki i dziecka może być karmienie naturalne.

Więcej o projekcie możecie przeczytać ( i zobaczyć m.in. które sławne mamy inicjatywę wspierają...) na stronie Krainy tutaj (klik)

 kraina_mlekiem_i_mioci_2

kraina_mlekiem_i_mioci_3

kraina_mlekiem_i_mioci_4

kraina_mlekiem_i_mioci_5

Kalendarz, w tym roku z czarno-białymi zdjęciami, można potraktować zgodnie z przeznaczeniem, może pomagać nam planować dni, być ozdobą pomieszczenia, ale równie dobrze możemy go komuś podarować, potraktować po prostu jak cegiełkę na szczytny cel.

Do nabycia tutaj (klik).

Krainę można również wesprzeć poprzez zakup produktów stworzonych przez zaprzyjaźnione z krainą marki. Uszyte są one z materiału w charakterystyczne, niebieskie kwiatuszki znane z logo krainy.

Pierwsza z firm to Whisbear, znana zapewne części z Was z szumiących misiów. Specjalnie dla fundacji marka wypuściła edycję szumiących, niebieskich ptaszków. (klik)

Marka Titot  przygotowała z kolei kolekcje krainowych papci ( dla dzieci i dla mam!) (klik)

Kupując któryś z wymienionych produktów ( możecie je zobaczyć także na zdjęciach poniżej), macie pewność, że część wartości ich zakupu zostanie przekazane na cele fundacji.

Pamiętajcie proszę o nich, szukając prezentu dla jakiegoś maluszka..

Ściskam Wam serdecznie, a każdej młodej i przyszłej mamię życzę wytrwałości, dobrych wyborów, celebrowania tych wyjątkowych chwil z maleństwem i szacunku ze strony otoczenia.

kraina_mlekiem_i_mioci_6

kraina_mlekiem_i_mioci_7

kraina_mlekiem_i_mioci_9

kraina_mlekiem_i_mioci_10

kraina_mlekiem_i_mioci_11

kraina_mlekiem_i_mioci_12

 

Słodkie, pastelowe przedpołudnie w pokoiku Małgosi...

vanilia81

 Malgosia_sesja_3_latka_1

Nowy Rok na blogu zacznę od zdjęć, które zrobiłam mojej Małgosi (trzyletniej już od niedawna). Zawsze kiedy przeglądam zapchany doszczętnie zdjęciami dysk w komputerze z przykrością odkrywam, że więcej na nim zdjęć ciast niż dzieci. Dlatego pewnie zdążyliście zauważyć, od jakiegoś czasu na blogu proporcje dzieci-słodkości są na blogu bardziej wyrównane. Ciasta mogę sfotografować zawsze, a te małe stópki rosną w tak ekspresowym tempie, że trzeba łapać dni, momenty, uśmiechy, grymasy i zdziwienia. Nie znam lepszego sposobu niż fotografia (może prócz kamery), żeby wszystko to pięknie i na zawsze uwiecznić. Więc z okazji korzystając z apelem takim noworocznym przybywam, fotografujcie jak najwięcej. Łapcie chwile aparatem najczęściej i najpiękniej jak potraficie.

Sporo tych naszych zwykłych, codziennych zdjęć robię też telefonem, który zawsze jest pod ręką  (część z nich można podejrzeć na moim Instagramie).

Wielu pięknych zdjęć i słodkich chwil w 2017 roku Wam Kochani życzę.

Małgosia upiekła z tej okazji nawet drewniany tort i babeczki...Częstujcie się! ;)

 Malgosia_sesja_3_latka_2

Malgosia_sesja_3_latka_3

Malgosia_sesja_3_latka_4

Malgosia_sesja_3_latka_5

Malgosia_sesja_3_latka_6

Malgosia_sesja_3_latka_7

Malgosia_sesja_3_latka_16

Malgosia_sesja_3_latka_8

Malgosia_sesja_3_latka_9

Malgosia_sesja_3_latka_10

Malgosia_sesja_3_latka_11

Malgosia_sesja_3_latka_12

Malgosia_sesja_3_latka_13

Malgosia_sesja_3_latka_14

Malgosia_sesja_3_latka_15

Malgosia_sesja_3_latka_17

Sukienka: niewiarygodnie wygodna, mięciutka jak najmilszy dresik: Holly polly (klik)

Korona: wiadomo, bez korony nie ma imprezy ;) Mone Mone (klik)

Spineczka/kokardka: subtelna, świetnie się trzyma nawet cienkich włosków: Len leo bow (klik)

bransoletka: z perełek Swarovskiego, urocza, starszej siostrze podebrana ;) Sotho (klik)

Babeczki drewniane: zestaw z paterą marki Tidlo, uwielbiamy...Piccoland (klik)

Tort drewniany: można go kroić, wkładać w niego świeczki i cyferki - Smarkacz.pl (klik)

Lala Me too: nie wiem na czym polega fenomen tych lal, ale moje dziewczynki je uwielbiają, wszędzie je ze sobą taszczą - Tender and cute (klik)

Zajączek: ,,Lenka to moja miłość mamusiu wiess" 100% hand made, perfekcja i estetyka na najwyższym poziomie - Lulaki (klik)

Dywan sznurkowy: bardzo praktyczny, prany już kilkukrotnie, więc jakość sznurka sprawdzona i polecić mogę: Cottonowelove (klik)

Pościel: Bardzo solidna, idealny rozmiar dla przedszkolaka, dwustronna, więc się nie nudzi, razem z wypełnieniem, tj. pierzemy całość , no i można dobrać do niej lampy i zasłony...Lamps&Co (klik)

 

© Ciasteczkolandia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci