Menu

Ciasteczkolandia

Beż & krem...(recenzja książek o szczęściu)

vanilia81

Julia_Rozumek__hygge_1

Zastanawiając się nad tytułem tego postu, zdałam sobie sprawę, że najmilszym mi kolorami tej zimy były beż i krem. Bo i kanapę mam beżową i koc podszyty minky w tym kolorze i świece, które paliłam na okrągło w ostatnich miesiącach w tych tonacjach były. Ukochana książka ma bezową okładkę, a wszystkie wypite kawy opatulone były przecież kremową pianką.

O książkach idealnych do czytania pod kocem dziś będzie. Tak na te ostatnie zimowe wieczory...

Pamiętam, że pisząc rok temu o książce Iwony Wiśniewskiej (klik) myślałam, że pewnie długo będę musiała czekać na kolejne, tak piękne, mądre, dojrzałe i głębokie kobiece opowiadania. Okazuje się, że czekałam tylko niespełna rok, bo książkę, która jest zbiorem czteroletnich zapisek blogowych wydała Julia Rozumek (nomen omen obie autorki są koleżankami). Że z Julią się znamy, pamiętacie może z tego postu (klik), co nie zmienia faktu, że gdybyśmy nigdy czasu na rozmowę wspólną nie znalazły, to mój zachwyt książką byłby mniejszy. Z pewnością nie.

Każde z opowiadań w tej książce (a jest ich sporo, książka ma prawie 400 stron) jest swoistym drogowskazem ku szczęściu. Taką lupą dzięki której możemy pewne rzeczy w naszym, często pędzącym życiu dostrzec. Julia magią słowa sprawia, że czytelnik na chwilę zwalnia. Drobiazgi dostrzega, dobrym człowiekiem chce być. Przypomina sobie, a czasem wręcz odkrywa, że szczęście to obrazek stworzony z drobnych puzzli i że te puzzle pod nogami leżą, tylko nie zawsze się je widzi albo sięgnąć mu się po nie nie chce, bo czasu mało na takie pierdoły, bo wygodniej ponarzekać.

Książka utwierdza w przekonaniu, że dom i rodzina jest absolutnie wszystkim. Początkiem i końcem. Wszechświatem całym. Można się przy niej pośmiać, choć łzy, które uronicie czytając ją będą raczej tymi ze wzruszenia... Może się zdarzyć, że czytając tekst któryś ukuje zazdrość, a z pewnością skłonią do refleksji nad życiem, codziennością, uświadomią jak wiele zależy od nas samych.

Julia każdym opowiadaniem z życia swojego, czy ludzi na swej drodze spotkanych uczy szacunku, cierpliwości, spokoju i pokory. Daje się poznać jako najzwyklejsza kobieta, która po prostu z sił całych o swoje szczęście walczy i buduje je każdego dnia.

Czyta się ją lekko, bo językiem wyjątkowym jest pisana, takim co to go w szkole nie nauczą. Takim, że albo się go nosi w sercu, z domu może wyniesie, albo się go nie ma i już. I jak sobie pomyślę, o jej pani polonistce, co  tłuste włosy miała, gumką recepturką spięte, która za każde słowo wypowiedziane czy napisane ,,dwóje"  jej wlepiała, to śmiać mi się chce strasznie...I jako czytelniczka wdzięczna jestem jej tacie bardzo, ze po rozmowie z tą panią odbytą powiedział Julii ,,nie przejmuj się nią za bardzo, rób swoje"...

To taka książka, gdzie z każdą przełożoną kartką żal w człowieku większy, że ku końcowi się zbliża. Na szczęście do tych opowiadań można wracać. Powinno się nawet. I to nie tylko pod kocem, bo pewna jestem, że na wakacje też ją ze sobą wezmę, by na piasku leżąc poczytać.

Z serca całego polecam, zalecam, namawiam...Zróbcie sobie prezent na Dzień Kobiet i dajcie znać potem, że było warto...

Książka do nabycia w sklepie Julii tutaj (klik)

 Julia_Rozumek__hygge_2

Julia_Rozumek__hygge_3

Julia_Rozumek__hygge_4

    

Julia_Rozumek__hygge_6

Julia_Rozumek__hygge_7

Julia_Rozumek__hygge_8

Julia_Rozumek__hygge_9

Julia_Rozumek__hygge_10

Julia_Rozumek__hygge_11

Tak, wiem. Nie kupuje się książki po okładce, no ale ja w tym przypadku się powstrzymać nie mogłam. Ja ją oczami wyobraźni widziałam jak się w zimowy wieczór mieni w blasku świecy i nie wyobrażałam sobie, by jej treść mogła zawieść.

I nie zawiodła. ,,Hygge. Duńska sztuka szczęścia" Marie Tourell Soderberg to bardzo przyjemna w odbiorze książka. Hygge to wyraz, który jest nieprzetłumaczalny dosłownie na język polski, ale mieści w sobie wszystko co związane ze szczęściem, ciepłem, bliskością, a co odnaleźć możemy w zwykłych na pozór, codziennych czynnościach.

Autorka bardzo dogłębnie przybliża tą duńską filozofię, która sprawia, że Duńczycy od lat uważani są za najszczęśliwszych ludzi na świecie. Opatrzona wieloma zdjęciami, znajdziecie w niej nawet przepisy kulinarne. Przyjemna, ciepła, ciekawa no i piękna. Idealna lektura na zimowy czas.

Zamawiałam ją tutaj (klik)

Julia_Rozumek__hygge_12

Julia_Rozumek__hygge_13

Julia_Rozumek__hygge_14

IMG_7766

IMG_7713

Jeśli temat hygge Was zaciekawił to polecić też mogę książkę J.Alexander i I. Sandahl ,,Duński przepis na szczęście" (klik). W tej książce autorki nacisk położyły na metody wychowania dzieci w duchu hygge właśnie. Przeanalizowały co sprawia, że duńskie dzieci wyrastają na szczęśliwe, odporne na przeciwności losu, zdolne do podejmowania decyzji. O ile sceptycznie do poradników podchodzę, to z czystej ciekawości do tej książki zajrzałam i ku radości mojej okazało się, że poprzez tą naszą wyprowadzkę na wieś, rezygnację z zajęć dodatkowych dla dzieci i postawienie na zabawę i spędzaniu wolnego czasu rodzinnie, wychowujemy je bardzo hygge, więc  mam nadzieję, ze wyrosną na szczęśliwych ludzi... ;)

Na zdjęciach także:

koc: La Millou (klik)

kubek emaliowany: The Muggiest (klik)

świeca: Yankee Candle (klik)

Raz jeszcze polecam powyższe książki i mnóstwa ciepłych chwil  z rodziną i dobrą lekturą, oczekując nadejścia wiosny Wam życzę.

 

Nasz TOP 4 ulubionych gier planszowych dla dzieci (nie tylko na ferie)

vanilia81

20

Długie, ciemne, ciągnące się w nieskończoność wieczory sprzyjają bardzo rodzinnym grą. Nie wiem czy był tej zimy dzień, żeby dzieci w którąś z gier ,,planszowych" nie grały. I bardzo mnie to cieszy, bo taki rodzaj spędzania czasu ma same zalety.

Wytypowałam dziś cztery gry. Te takie ulubione nasze. Te, których nazwy są z euforią wykrzykiwane, gdy pada pytanie ,,w co chcecie grać?". I tak mi teraz do głowy przyszło, że jeszcze nie całkiem ten świat zwariował skoro na tak zadane pytanie nasze dzieci wymieniają  nazwy przedstawionych dziś gier, a nie jakieś z aplikacji na Ipadzie...

W każdą z tych gier śmiało (nie nudząc się przy tym...) mogą, a czasem wręcz powinni grać z dziećmi rodzice. Nasza trzy letnia Małgosia gra zawsze z nami, oczywiście daje więcej czasu na odpowiedź, czasem jej pomagamy, ale generalnie daje radę.

Każda z nich działa trochę inaczej. Inną mam wrażenie odgrywa rolę w rozwoju dzieci, choć oczywiście gramy w nie przede wszystkim by fajnie spędzać czas razem, dobrze się przy tym bawiąc.

Pierwsza z gier potrafi do łez wzruszyć, druga rozśmieszyć, trzecia dostarcza wiedzy, a czwarta uczy pokory. Łączy je natomiast to, że reguły każdej z nich można wyjaśnić w minutę, co cenię niezwykle, bo nie należę do osób cierpliwych...

 

17

21

31

41

51

61

71

Zacznę od gry która urzekła mnie najbardziej...

Pytaki bo od tej grze mowa, jest najbardziej rodzinną grą jaką znam. Posługując się modnym ostatnio duńskim słowem, powinnam napisać, że czas z nią spędzony jest bardzo hygge....

Gracze siadają razem i losują z woreczka żetony- „pytaki”, a następnie odpowiadają na zadane na nim pytanie/ wykonują polecenie.
Gramy w nią tylko, gdy jesteśmy w w komplecie i nie wyobrażam sobie grać w nią inaczej (choć oczywiście można)

Gra oprócz kluczowych żetonów posiada też kostkę i karty uczuć, ale my najczęściej upraszczamy reguły i po po prostu, po kolei losujemy pytaki i odpowiadamy. A pytania są różne. I takie, z których dzieci mogą się dowiedzieć jak poznali się rodzice, kto o czym marzy, za co kogoś lubi, co wspomina, co docenia, czego mu brakuje, za co ma żal, co by zmienił. Wzrusza mnie niesamowicie zawstydzenie Antosia, kiedy o uczuciach przychodzi mu mówić, kiedy dowiaduje się o marzeniach osób mi najbliższych, kiedy dzieci w skupieniu, zaciekawione słuchają odpowiedzi na nieznane im historie rodzinne.

Absolutnie cudowna w swej prostocie. Tworzy piękne relacje, buduje świadomość emocjonalną, wzmacnia więzi rodzinne, uczy empatii, słuchania i wypowiadania się (a starsze dzieci również czytania), ćwiczy cierpliwość, pokazuje jak bardzo ważną i naturalną rzeczą w rodzinie jest/powinien być dialog.

Gra jest genialnym wynalazkiem w podróży. Niedawno czekała nas kilkugodzinna podróż samochodem z dziećmi. W ostatniej chwili przed wyjściem wrzuciłam woreczek z pytakami do torebki, a potem po trzystu pokonanych kilometrach, kiedy już pomysły i siły by zminimalizować ilość dobiegających z tylnego siedzenia pytań ,,daleko jeszcze?" się wyczerpały, wyciągnęłam Pytaki i miałam wrażenie, że brakujące sto kilometrów pokonaliśmy w kwadrans, tak szybko i miło upłynął nam czas. Bardzo, bardzo polecam... 

Zamówić można tutaj (klik)

81

91

101

Dobble  no to jest hit! W malutkiej, poręcznej, metalowej puszce znajduje się plik okrągłych kart z obrazkami. Różnymi porozrzucanymi przedmiotami, znakami. Zabawa polega na tym, żeby jak najszybciej odnaleźć na swojej karcie i karcie wspólnej dla wszystkich graczy dwa te same przedmioty. Tylko od naszej spostrzegawczości czy szybciej od pozostałych graczy (lub gracza) znajdziemy swoją obrazkową parę.

Rysunki są różnych wielkości i pląta się to i proste nie jest czasami. Maja z Antkiem koszą nas- rodziców równo. Lepsze oczka mają, szybciej im te styki w główkach łapią, a śmiechu i radochy przy tym na sto dwa. I często głowy byśmy dali sobie głowy uciąć, że tym razem pary nie ma, no bez szans, a potem się znajduje...

To gra w która mogą grać trzy latki i ich pradziadkowie. Często grają w nią sobie Antoś (5 lat) z Małgosią(3 lata). Zawsze wrzucam ją do torebki, gdy idziemy do lekarza czy znajomych, albo dzieciom do plecaczka, gdy idą do dziadków. Z tego co widzę są tez inne, bajkowe jej wersję, my mamy tą klasyczną żółtą. Super sprawa.

Dobble znajdziecie tutaj  (klik)

111

121

131

5 sekund junior to popularna, mocno reklamowana gra, ale warto o niej wspomnieć, bo też fajnie się przy niej bawimy. Reguły są proste, mamy pokaźny zestaw pytań, po odczytaniu pytania gracz ma 5 sekund (liczone za pomocą dołączonego czasomierza) na odpowiedz. Pytania są proste, cała sztuka w tym, by zebrać myśli i w te 5 sekund przełożyć je na słowa, co gwarantuje nie zawsze jest takie proste. Język się plącze, odpowiedzi chowają się gdzieś z tyłu głowy, albo nasuwają się jakieś strasznie dziwne, śmieszne, głupie. Małgosia na pytanie ,,co można schować do kieszeni" zawstydzona odpowiedziała ,,cukieraska"...Każda dobra odpowiedź wypowiedziana na czas, to ruch kostką i krok w kierunku mety i wygranej. Dużo śmiechu, troszkę adrenaliny, odrobina rywalizacji i całkiem sporo wiedzy. My mamy wersję junior (z osobnymi pytaniami dla dzieci i dorosłych) ale z tego co widzę w podanym linku są też inne wersje.

Znajdziecie je tutaj (klik)

 151

161

171

18

19

Farmer - pisząc o tej grze, nie mogę sobie odmówić zacytowania kulisów jej powstania...

,,Superfarmer to gra, która powstała w Warszawie w 1943 roku. Nosiła wtedy tytuł "Hodowla zwierzątek". Jej autorem jest wybitny polski matematyk, profesor Karol Borsuk. Gdy Niemcy zamknęli Uniwersytet Warszawski, profesor został bez pracy. W czasie wojny ludzie dokonywali cudów pomysłowości w poszukiwaniu źródeł utrzymania. Pomysłem profesora na ratowanie budżetu rodzinnego była sprzedaż gry. Zestawy do "Hodowli zwierzątek" przygotowywała metodami domowymi żona profesora, pani Zofia Borsukowa. Autorką rysunków zwierzątek była pani Janina Śliwicka. Gra zyskała wielką popularność - najpierw wśród przyjaciół rodziny, a potem w coraz szerszych kręgach osób znajomych i nieznajomych. W domu państwa Borsuków rozdzwonił się telefon, a w słuchawce, co i rusz można było usłyszeć pytanie: Czy to hodowla zwierzątek? Po potwierdzeniu następowało zamówienie i gry trafiały do sklepu.

Gra bawiła nie tylko dzieci, wciągała także dorosłych, pomagając im przetrwać smutne okupacyjne wieczory. Oryginalne egzemplarze gry spłonęły wraz z miastem w czasie powstania warszawskiego, w sierpniu 1944 roku. Szczęśliwie jeden z egzemplarzy zachował się poza Warszawą i wiele lat po wojnie wrócił do rodziny Borsuków.

W czerwcu 1997 roku z inicjatywy pani Zofii Borsukowej, z okazji jej 90 urodzin oraz w 15 rocznicę śmierci profesora Karola Borsuka "Hodowla zwierzątek" została wydana przez Grannę pod tytułem "Superfarmer", by bawić kolejne pokolenia dzieci i rodziców.

Gra polega na losowaniu za pomocą dwoma dwunastościennymi kostkami z obrazkami zwierząt. Po wylosowaniu pary do naszej farmy trafia dane zwierzątko, przy czym niektórych gatunków jest na kostkach dużo, innych niewiele. Zwierzęta możemy wymieniać, możemy za nie kupić psa, który z kolei uchroni nasza farmę przed listem czy wilkiem, bo te wylosowane pozbawiają części bądź  całego inwentarza. Wygrywa osoba, która zdobędzie przynajmniej po jednym zwierzątku z każdego gatunku. Gra uczy myślenia strategicznego, ale tez pokory w przyjmowaniu porażek, bo czasem jeden pechowy rzuć kostka może nas pozbawić wszystkiego.

Znajdziecie ją tutaj (klik)

To taki nasz subiektywny wybór gier, jeśli macie swoje typy, gry warte polecenia podzielcie się nimi proszę w komentarzu, chętnie je poznam.

Miłych chwil i pięknych emocji podczas wspólnego grania Wam życzę.

 

Rafaello w wersji fit (na bazie kaszy jaglanej)

vanilia81

rafaello_fit_1

Uwielbiam Rafaello. Dzieci natomiast (które miłość do tych kokosowych kuleczek odziedziczyły po matce najwidoczniej) kocham znacznie bardziej i dlatego zaczęłam kombinować przy zdrowej wersji tego naszego przysmaku.

Bazę w tej wersji stanowi delikatna, bardzo zdrowa kasza jaglana, gotowana na mleku kokosowym, z dodatkiem wiórków kokosowych, mielonych (no i całych ukrytych w środku) migdałów, odrobiny oleju kokosowego i ksylitolu.

Wersja naprawdę smaczna, z przyjemnością i bezkarnie je podjadaliśmy. Dzieciom bardzo smakowały, choć Maja zauważyła brak kremu i wafelka w środku.

Smaczna, zdrowa, pożywna przekąska, albo dodatek do kawy. Nie są pracochłonne, trochę zajmuje jedynie gotowanie kaszy. Odpowiednio opakowane mogą stać się miłym, słodkim prezentem.

Składniki:

(na ok 25 sztuk)

  • 100 g  kaszy jaglanej
  • 600 ml mleka kokosowego (lub migdałowego)
  • 100 g wiórków kokosowych (+50 g do obtoczenia)
  • 2 łyżki ksylitolu (lub miodu)
  • 2 łyżki oleju kokosowego
  • 2 łyżki mielonych migdałów
  • garść obranych, całych migdałów
  • 1/4 łyżeczki esencji waniliowej (opcjonalnie)

Kaszę uprażyć kilka minut na suchej patelni, a następnie przelać wodą (by nie była gorzka)

Zalać ją mlekiem kokosowym i gotować na średnim, a pod koniec małym ogniu, mieszając od czasu do czasu, aż mleko całkiem się wchłonie, a kasza będzie miała postać miękkiej, gęstej, zwartej masy (może to trwać nawet 40 minut.)

Dodać olej kokosowy, wiórki, mielone migdały, ksylitol i esencję waniliowa. Całość dokładnie wymieszać.

Formować kuleczki wielkości Rafaello, w środek każdej wsunąć obrany migdał, a następnie obtoczyć w pozostałych wiórkach kokosowych.

Odstawić do lodówki i tam też najlepiej je potem przechowywać.

ps. Jeśli kuleczkami będziemy częstować małe dzieci, warto w kilku sztukach pominąć migdał w środku. Nie wiem jak was, ale mnie kusi dodanie zamiast ekstraktu waniliowego łyżki likieru Malibu, choć oczywiście wtedy już nie będą takie fit... ;)

Smacznego!

rafaello_fit_3

rafaello_fit_4

 

Kraina Mlekiem i Miłością płynąca...

vanilia81

kraina_mlekiem_i_mioci_1

Dziś o niezwykłym projekcie będzie ale, że kwestia dotyczy karmienia piersią opowiem może najpierw jak to wyglądało u nas...

W oczach wielu nie jestem pewnie super - hiper dzielną eko mamą, bo każde z moich dzieci przyszło na świat poprzez cesarskie cięcie (na życzenie o zgrozo). Nie używałam wielorazowych pieluch, nie prałam ubranek w orzechach, nie nosiłam ich w chustach (na bank bym pochrzaniła to wiązanie i skończyło by się katastrofą). Pierwszą córeczkę zdarzało mi się karmić zupkami ze słoiczka i chcą dobrze szczepiłam ją na co tylko się dało. Ale karmiłam piersią. Cała trójkę. Każde prawie rok.

I pamiętam doskonale ten dyskomfort przy pierwszych ich przystawianiach do piersi, ten ból kiedy podczas karmienia macica boleśnie się obkurczała. I tą tablice na ścianie w pokoju szpitalnym z wypunktowanymi pozytywami karmienia piersią pamiętam, najbardziej pkt.9 ,,szybszy powrót do sylwetki sprzed ciąży" ;) , co zresztą prawdą się być okazało. Te tysiące wkładek laktacyjnych, o których bym chyba doktorat mogła napisać też pamiętam. I te bluzki z ukrytymi nacięciami ułatwiającymi karmienie z sieciówki znanej, które mi życie ratowały. To że przez pierwsze miesiące byłam z dziećmi nierozłączna. Dwadzieścia cztery godziny na dobę. Non stop. Nie mogłam się w środku nocy obrócić na drugi bok, bo mąż poda butelkę. Musiałam być. 

Pamiętam także doskonale jak kilkanaście dni po porodzie Antosia wylądowałam w szpitalu z kolką nerkową, odłączona od niego, nafaszerowana lekami i syn musiał przejść na żywienie sztuczne. Tą walkę potem ze łzami w oczach po nocach pamiętam, by zechciał do tej piersi wrócić, choć ta butelka tak bardzo mu się już zdążyła spodobać. I pomoc Roberta pamiętam tak dokładnie. To jego wsparcie bezcenne wtedy.

Ale mimo tych niełatwych początków, cały ten czas karmienia utkwiło mi w pamięci jako coś wyjątkowego, niezapomnianego. Czułam się potrzebna, niezastąpiona, mogłam dać im coś wyjątkowego. Karmienie było dla mnie też czymś bardzo wygodnym. Nie biegałam po nocy z butelkami, proszku po ciemku nie musiałam do wody z termosu wsypywać, nic podgrzewać, tylko dzidzie przytulić i już. Żadnego cudowania, wyparzania, butelek wybierania, debatowania nad wielkością dziurki w smoczku, dbania o to by ta puszka z mlekiem zawsze pełna była.

Można nie być fanem karmienia naturalnego, ale nikt nie podważy chyba tego, że pokarm mamy jest cudem natury. Czymś nie do podrobienia. Żadna fabryka, żadni naukowcy sowicie opłacani przez ogromne koncerny jak dotąd nie stworzyli czegoś co mogłoby tak naprawdę konkurować z mlekiem mamy. Moja przyjaciółka rodząc synów w Irlandii usłyszała od tamtejszej położnej ,,Piersią? Piersią karmią u nas tylko Polki" Smutne to trochę prawda?

Nie mniej daleka jestem od negowania, wytykania mam niekarmiących, bo różne są przecież sytuacje. Może któraś z nich nie ogrania samego aktu karmienia, tego, że ja ktoś ssie, może ta fizjologia, produkowanie przez nią mleka przerasta tak, jak mnie przerósł poród naturalny i wszystko co z nim związane? Tak przecież może być! Może mnie przerażał poród siłami natury, a inną mamę kwestia przystawiania do piersi. Może ktoś leki bierze i nie karmienie jest niemożliwe, może dziecko płacze w niebogłosy przy piersi, laktacja jest nie rozkręcona jeszcze, a nie nie ma kto jej wesprzeć w tych początkach trudnych...

I bez względu na to jak drażnią mnie zdania niektórych babć noworodków wygłaszane swoim córką ,,ja nie miałam pokarmu, to ty tez nie będziesz mieć", ,,ono się nie najada", ,,na noc daj mu flachę to się wyśpisz" albo jak irytuje najzwyklejsza wygoda w tej kwestii młodych mam (wyjść z domu mogę, tata nakarmi, mogę się wyspać i nosić normalne biustonosze i bluzki), to gryzę się w język, bo to nie moją sprawa. Nie moje ciało i  nie moje dziecko. Bo kwestią najważniejszą w mojej ocenie jest tu jedna podstawowa rzecz: szacunek. 

Jeśli jednak na drodze mojej staje projekt taki jak Kraina Mlekiem i Miłością płynąca, to z sił całych go wspieram.

To projekt fotograficzny (mogłyście o nim słyszeć w Dzień Dobry TVN, który jest jej patronem medialnym) skupiający fotografów z całej Polski, którzy na swoich zdjęciach uwieczniają karmiące naturalnie mamy. W przepiękny sposób potrafią oni uchwycić naturalną bliskość matki i dziecka i tym samym, swoimi zdjęciami przyczyniają się do propagowania karmienia naturalnego. 

Sukces Krainy przeszedł najśmielsze oczekiwania założycielki (tak miło się składa mojej serdecznej koleżanki, dobrej, mądrej i niezwykle zdolnej) Agnieszki Dziduszkiewicz. Efektem ogromnego zainteresowania i poparcia tej inicjatywy było powstanie fundacji.

Co roku Kraina wydaje piękne kalendarze, których całkowity przychód przeznaczany jest na cele charytatywne. W ubiegłym roku pieniądze przekazano preadopcyjnemu ośrodkowi dla dzieci w Otwocku, w tym roku w całości zostaną one przekazane na rzecz Oddziału Wcześniaków i Patologii Noworodka w szpitalu św. Zofii w Warszawie.

Wspomnę też, bo to ważne, że kraina nie ma nic wspólnego z tzw.,, terrorem laktacyjnym". Podobnie jak ja szanuje decyzję każdej kobiety w tej kwestii, chodzi tylko i wyłącznie o to, by wspierać mamy, które karmią i te, które karmić naturalnie planują. Poprzez fotografię, ale także wykłady, tworzenie w miejscach publicznych kącików do karmienia, pokazać jak piękną, wyjątkową i ważną rzeczą w życiu matki i dziecka może być karmienie naturalne.

Więcej o projekcie możecie przeczytać ( i zobaczyć m.in. które sławne mamy inicjatywę wspierają...) na stronie Krainy tutaj (klik)

 kraina_mlekiem_i_mioci_2

kraina_mlekiem_i_mioci_3

kraina_mlekiem_i_mioci_4

kraina_mlekiem_i_mioci_5

Kalendarz, w tym roku z czarno-białymi zdjęciami, można potraktować zgodnie z przeznaczeniem, może pomagać nam planować dni, być ozdobą pomieszczenia, ale równie dobrze możemy go komuś podarować, potraktować po prostu jak cegiełkę na szczytny cel.

Do nabycia tutaj (klik).

Krainę można również wesprzeć poprzez zakup produktów stworzonych przez zaprzyjaźnione z krainą marki. Uszyte są one z materiału w charakterystyczne, niebieskie kwiatuszki znane z logo krainy.

Pierwsza z firm to Whisbear, znana zapewne części z Was z szumiących misiów. Specjalnie dla fundacji marka wypuściła edycję szumiących, niebieskich ptaszków. (klik)

Marka Titot  przygotowała z kolei kolekcje krainowych papci ( dla dzieci i dla mam!) (klik)

Kupując któryś z wymienionych produktów ( możecie je zobaczyć także na zdjęciach poniżej), macie pewność, że część wartości ich zakupu zostanie przekazane na cele fundacji.

Pamiętajcie proszę o nich, szukając prezentu dla jakiegoś maluszka..

Ściskam Wam serdecznie, a każdej młodej i przyszłej mamię życzę wytrwałości, dobrych wyborów, celebrowania tych wyjątkowych chwil z maleństwem i szacunku ze strony otoczenia.

kraina_mlekiem_i_mioci_6

kraina_mlekiem_i_mioci_7

kraina_mlekiem_i_mioci_9

kraina_mlekiem_i_mioci_10

kraina_mlekiem_i_mioci_11

kraina_mlekiem_i_mioci_12

 

Słodkie, pastelowe przedpołudnie w pokoiku Małgosi...

vanilia81

 Malgosia_sesja_3_latka_1

Nowy Rok na blogu zacznę od zdjęć, które zrobiłam mojej Małgosi (trzyletniej już od niedawna). Zawsze kiedy przeglądam zapchany doszczętnie zdjęciami dysk w komputerze z przykrością odkrywam, że więcej na nim zdjęć ciast niż dzieci. Dlatego pewnie zdążyliście zauważyć, od jakiegoś czasu na blogu proporcje dzieci-słodkości są na blogu bardziej wyrównane. Ciasta mogę sfotografować zawsze, a te małe stópki rosną w tak ekspresowym tempie, że trzeba łapać dni, momenty, uśmiechy, grymasy i zdziwienia. Nie znam lepszego sposobu niż fotografia (może prócz kamery), żeby wszystko to pięknie i na zawsze uwiecznić. Więc z okazji korzystając z apelem takim noworocznym przybywam, fotografujcie jak najwięcej. Łapcie chwile aparatem najczęściej i najpiękniej jak potraficie.

Sporo tych naszych zwykłych, codziennych zdjęć robię też telefonem, który zawsze jest pod ręką  (część z nich można podejrzeć na moim Instagramie).

Wielu pięknych zdjęć i słodkich chwil w 2017 roku Wam Kochani życzę.

Małgosia upiekła z tej okazji nawet drewniany tort i babeczki...Częstujcie się! ;)

 Malgosia_sesja_3_latka_2

Malgosia_sesja_3_latka_3

Malgosia_sesja_3_latka_4

Malgosia_sesja_3_latka_5

Malgosia_sesja_3_latka_6

Malgosia_sesja_3_latka_7

Malgosia_sesja_3_latka_16

Malgosia_sesja_3_latka_8

Malgosia_sesja_3_latka_9

Malgosia_sesja_3_latka_10

Malgosia_sesja_3_latka_11

Malgosia_sesja_3_latka_12

Malgosia_sesja_3_latka_13

Malgosia_sesja_3_latka_14

Malgosia_sesja_3_latka_15

Malgosia_sesja_3_latka_17

Sukienka: niewiarygodnie wygodna, mięciutka jak najmilszy dresik: Holly polly (klik)

Korona: wiadomo, bez korony nie ma imprezy ;) Mone Mone (klik)

Spineczka/kokardka: subtelna, świetnie się trzyma nawet cienkich włosków: Len leo bow (klik)

bransoletka: z perełek Swarovskiego, urocza, starszej siostrze podebrana ;) Sotho (klik)

Babeczki drewniane: zestaw z paterą marki Tidlo, uwielbiamy...Piccoland (klik)

Tort drewniany: można go kroić, wkładać w niego świeczki i cyferki - Smarkacz.pl (klik)

Lala Me too: nie wiem na czym polega fenomen tych lal, ale moje dziewczynki je uwielbiają, wszędzie je ze sobą taszczą - Tender and cute (klik)

Zajączek: ,,Lenka to moja miłość mamusiu wiess" 100% hand made, perfekcja i estetyka na najwyższym poziomie - Lulaki (klik)

Dywan sznurkowy: bardzo praktyczny, prany już kilkukrotnie, więc jakość sznurka sprawdzona i polecić mogę: Cottonowelove (klik)

Pościel: Bardzo solidna, idealny rozmiar dla przedszkolaka, dwustronna, więc się nie nudzi, razem z wypełnieniem, tj. pierzemy całość , no i można dobrać do niej lampy i zasłony...Lamps&Co (klik)

 

Makrony z migdałami (wersja deluxe dla św. Mikołaja)

vanilia81

makrony_deluxe_z_migdaami_1

Są tradycję, które my- rodzice wynosimy z rodzinnych domów i przekazujemy je swoim dzieciom, ale są też takie, które tworzymy sami. Przykładem takiej naszej nowej tradycji jest coroczne pieczenie ciasteczek dla Św. Mikołaja.To obmyślanie, co tym razem upieczemy, te dywagacje czy na oknie, czy na blacie zostawić, na talerzyku czy do puszki włożyć, no i ten kolor rurki taki ważny! Ta ekscytacja, że dzieje się coś ważnego. Małgosia i Antek oczami szeroko twartymi wielkimi łapią te obrazy tworzące przecież ich dzieciństwo, (choć pojęcia o tym w tym momencie jeszcze nie mają). Nawet Maja, która rozpracowała dnia któregoś, w garderobie prezenty niezapakowane znajdując, że to nie Mikołaj, a rodzice prezenty w nocy podkładają ( ciasteczks zjadają i mleko spijając w międzyczasie) się na ten wieczór cieszy. Ważny jest dla niej. Zależy jej, żeby dopracowane to było, żeby ten pan z brodą białą choćby w fantazji jej tylko, to jednak zadowolony był i szczęśliwy.

W tym roku przygotowaliśmy makrony migdałowe z płatkami owsianymi. To taka wersja deluxe trochę, bo klasyczne śląskie makrony, takie jak te sprzedawane na odpustach, zawierają jedynie bułkę tartą.

Smaczne są muszę powiedzieć. W sam raz słodkie, o wyczuwalnej migdałowe nucie, z chrupiącymi kawałkami migdałów. Do ich pieczenia wykorzystałam wspomniane,,opłatkowe" spody, ale i bez, jeśli użyjemy papieru do wypieków, ciasteczka się udadzą.

W okresie Świąt warto upiec je z podwójnej ilości i sprezentować komuś sympatycznemu.

Składniki:

  • 2 białka średnich jajek
  • odrobina soli (pół szczypty)
  • 120 g drobnego cukru (u mnie pół na pół białego z brązowym)
  • 125 g migdałów (najlepiej mielonych)*
  • 50 g całych migdałów
  • 50 gram płatków owsianych (lepiej drobnych)
  • ½ łyżeczki ekstraktu waniliowego (nie mylić z olejkiem)
  • opłatkowe spody  (myślę, że nie są konieczne, ale bardzo wygodne)

*Jeśli korzystamy z całych migdałów, należy je na chwilę zalać wrzątkiem, a następnie w prosty sposób, ręcznie usunąć z nich skórkę i zmielić jak najdrobniej w malakserze.

Białka ubić z odrobina soli. Dodać cukier, wanilię i dalej miksować.

Przełożyć białka z cukrem do miseczki, dodać mielone migdały i delikatnie połączyć całość szpatułką.

Migdały pozbawić skórki i posiekać (ja posiekałam blenderem, w naczyniu z ostrzem do niego dołączonym)

Dosypać posiekane migdały (również bez skórki) i płatki owsiane, całość delikatnie, dokładnie wymieszać.

Blachę do pieczenia wyłożyć papierem do pieczenia i opłatkami. Na każdy opłatek (moje mają 5 cm) nakładać 2 łyżeczki masy.

Piec w piekarniku rozgrzanym do 150ºc przez ok 25-30 min., aż ciasteczka się zarumienią.

Wyjąć na metalowa kratkę, przestudzić, położyć na noc w widocznym miejscu w kuchni.

Rano sprawdzić, czy przypadkiem nie zniknęły...

makrony_deluxe_z_migdaami_3

makrony_deluxe_z_migdaami_4

makrony_deluxe_z_migdaami_5

worki_na_prezenty

Zasłonki w kredensie i woreczki na prezent- galeria Dekodom (klik)

Proporczyk ,,Santa pleas stop here" Lemon duck (klik)

Buteleczka na mleko- Mia home passion (klik)

zBLOGowani.pl



Trufle czekoladowe z nuta pomarańczy

vanilia81

trufle_czekoladowe_z_nut_pomaraczy_1

Przygotowałyśmy wczoraj z Mają te trufle dla Roberta do kawy. Taka słodka niespodzianka z okazji Dnia Górnika. Robert jest fanem trufli i deserowej czekolady, więc pewne było, że mu przypasują.

Wersja, na która przepis podaję jest smakołykiem wyłącznie dla miłośników mocno gorzkiej czekolady. Ja wykorzystałam taką z 70% zawartością miazgi kakao, ale nic nie stoi na przeszkodzie by posunąć się dalej i przeciwnie można śmiało złagodzić ich smak,  używając częściowo lub wyłącznie czekolady mlecznej. Pomarańczowej nuty dodał im likier pomarańczowy i skórka z pomarańczy.

Szybkie w wykonaniu (nie licząc czasu, który masa tężeje w lodówce). No i takie wiecie, urocze, z serca...

Składniki:

(na około 12 sztuk)

  • 200 g czekolady gorzkiej (u mnie 70% z Lidla)
  • 100 ml śmietany 36%
  • 40 g miękkiego masła
  • 2 łyżki likieru pomarańczowego (np.Cointreau, Grand Marnier)
  • skórka otarta z umytej ekologicznej pomarańczy (lub sparzonej i dokładnie umytej zwykłej)
  • kilka łyżek dobrej jakości kakao

Śmietanę przelać do małego rondelka, doprowadzić do wrzenia.

Drobno pokrojoną czekoladę wsypać do miseczki (najlepiej szklanej, ceramicznej)

Zalać ja gorącą śmietaną, dodać masło i likier, skórkę i mieszać, aż czekolada się roztopi i powstanie jednolita masa.

Odstawić do ostudzenia.

Przykryć miseczkę folia spożywczą i umieścić w lodówce na ok. 2 godz., albo do momentu aż masa stężeje

Formować pralinki (u mnie ok. 2,5 cm), obtaczać w kakao.

trufle_czekoladowe_z_nut_pomaraczy_2

,,Prezent dla Cebulki" najpiękniejsza książka dla dzieci na czas Adwentu...

vanilia81

prezent_dla_cebulki_1

Naprawdę chciałam, by kolejny post był już ,,ciasteczkowy", ale o tej książce muszę Wam napisać...

Zacznę od tego, że tradycyjny kalendarz z czekoladkami to tradycja mojego dzieciństwa. Każdego roku wisiał na ścianie i pamiętam dokładnie jakie emocje towarzyszyły mi przy każdym, kolejno otwieranym okienku, dlatego moje dzieci takie kalendarze od zawsze mają i długo jeszcze pewnie mieć będą. Pomimo tego dodam, że nie zdarzyło im się jeszcze, by konsekwentnie codziennie tylko jedną czekoladkę jadły. Zawsze jest z powodu tych kalendarzy zamieszanie okropne, wyjadanie ukradkiem i kłótnie ,,bo ona ma dziś czekoladkę pociąg, a ja jakąś głupią lalkę". Trudno, widocznie to też element tej tradycji.

W tym roku obok kalendarza z czekoladkami przez cały okres Adwentu będzie nam towarzyszyć także książka, która do rąk moich trafiła już co prawda ubiegłej zimy, po Nowym Roku, ale uparłam się, że ją gdzieś pod swetrami schowam i za rok 1 grudnia roku wyciągnę.

Mowa o pięknej, ogromnie wartościowej książce wydawnictwa Zakamarki ,,Prezent dla Cebulki". Jest to opowiadanie podzielone na 24 rozdziały, tak by w każdy wieczór Adwentu móc dzieciom czytać kolejny, aż do Wigilii. Sam ten zamysł uważam za absolutnie cudowny.

Cebulka to tytułowy bohatera, mały chłopczyk, który marzy, by w prezencie pod choinkę dostać dwie rzeczy: rower i tatę...Niestety jego mama mówi, że rower jest za drogi, nie planuje też szukać taty Cebulki w dalekim Sztokholmie, dlatego Cebulka postanawia wziąć sprawy w swoje ręce...

Piękna, mądra opowieść o marzeniach, o tym, że nie zawsze życie podaje nam wszystko na tacy, ale jeśli o czymś bardzo marzymy, to może się spełnić. 24 lekcje empatii, dobroci i wiary.

Nie mogę się doczekać, jak dziś po kąpieli zgromadzę cała trójkę w swoim łóżku i zaczniemy czytać...

Ponieważ Małgosia będzie miała podejrzewam milion pytań dotyczących obrazków, przejrzałam z nią książkę już rano, by móc choć na część z nich odpowiedzieć, żeby wieczorem nie przerywała mi w czytaniu co minutę, tylko co dwie... ;)

prezent_dla_cebulki_2

prezent_dla_cebulki_3

prezent_dla_cebulki_4

prezent_dla_cebulki_5

prezent_dla_cebulki_6

prezent_dla_cebulki_7

prezent_dla_cebulki_8

prezent_dla_cebulki_9

prezent_dla_cebulki_10

prezent_dla_cebulki_11

Tą i inne, wartościowe książki Wydawnictwa Zakamarki znajdziecie tutaj (klik)

Aha! Wypatruję dziś od rana listonosza z książką ,,Święta dzieci z dachów" (klik), nowości wydawnictwa, książki, która również składa się również z 24 opowiadań do czytania w Adwencie. Jestem jej już ogromnie ciekawa.

Spokojnych, adwentowych wieczorów, mądrze je wykorzystajcie...

Kuvings czyli o owocach i warzywach słów parę (+ kody rabatowe)

vanilia81

14

Jak wszyscy rodzice, tak i my, ponosimy czasem jakieś wychowawcze porażki, ale mamy też na szczęście sukcesy i o jednym z tych sukcesów dziś będzie. Dzieci nasze mianowicie chętnie jedzą owoce i warzywa. Naprawdę nigdy nie było z tym żadnego problemu. Nigdy. Mają taki rytuał np., że wieczorem po kąpieli, zbiegają do kuchni, siadają przy stole, bo wiedzą, że tata przygotował dla nich owoce. Trzy miseczki pełne koloru i witamin czekają na nie, a one chętnie wcinają (także dlatego pewnie, że przedłuża im się w ten sposób pora pójścia spać...) Pani w szkole Mai widząc jej kanapkę, którą zrobił tata powiedziała podobno ,,taką kanapkę to ja rozumiem". On jej tam pakuje wszystko, sałatę, pomidora, paprykę, ogórka, czasem się zastanawiam jak ona to umie ugryźć.

Moja rola natomiast to konsekwentne (od kiedy tylko każde z nich zaczęło jeść pokarmy stałe) dbanie o to, by na ich talerzach gościły wszelkie dostępne warzywa łącznie z tak ,,lubianymi" przez większość dzieci szpinakiem czy brukselką. Nigdy nie pytam czy na kolacje chcą kanapkę z awokado, tylko czy wolą je w pasterkach, czy zrobić guacamole (gniotę je wtedy dodając czosnku, soku z limonki i kolendry; jeśli ją mam akurat). Oni decydują jak wolą i jedzą. Czasem któreś ma fazę na nie, wtedy nie zmuszam, ale za jakiś czas i tak  słyszę, ,,kocham czosnek/brokuły mamo, nałóż mi więcej" (z owocami nie ma problemu w ogóle, jedzą wszystkie możliwe).

Przede wszystkim jednak sami owoce i warzywa jemy (a ostatnio także pijemy) w dużych ilościach, bo żeby coś dzieciom wpoić, żeby coś za naturalne uznały, trzeba dać im przykład. Trudno o dorosłego człowieka, który lubi zielone warzywa, kiedy w jego domu rodzinnym tata kręcił na nie nosem, albo w ogóle się ich nie jadało.

Nam na szczęście po drodze z kolorami w kuchni...

2

1

O wyciskarce wolnoobrotowej i jej atutach pierwszy raz przeczytałam jakieś dwa lata temu. 

I w głowie mi się kołatało, że kiedyś na pewno, że koniecznie. Pamiętam też, że kiedy o programie 500+ usłyszałam (jak już puściłam się za głowę w obawie przed tym co ten projekt z budżetem Państwa naszego zrobi...), nie pomyślałam o zajęciach dodatkowych dla dzieci, ani o wakacjach wypasionych, założeniu funduszu czy obkupieniu ich w super ciuchy czy zabawki, tylko o tej wyciskarce właśnie. Bo ja nad zajęcia z karate i balety wszelakie przedkładam ich zdrowie. Nie ma dla mnie rzeczy ważniejszej. A fakt jest taki, że dostarczenie organizmowi odpowiednich dawek przeciwutleniaczy, enzymów, chlorofilu i fitohormonów (tak licznie obecnych w świeżych sokach) tworzy w organizmie środowisko zasadowe, a w takim nie rozwija się np. nowotwory.

Markę Kuvings wybrałam bo to mercedes wśród wyciskarek. Wielokrotnie nagradzana w Polsce (Odkrycie Roku 2014, Srebrny Laur  w 2015, Złoty Laur w 2016r) i na świecie marka dająca na swój sprzęt 10 letnia gwarancje. Posiadam model C9500 ( ale mam dwie koleżanki, które użytkują model ciut starszy- B6000 i są nim równie zachwycone) i dużo bym mogła o niej napisać.

Powinnam pochwalić jej wykonanie, moc silnika, to jak cichutko pracuje, jak świetnie radzi sobie z twardymi korzeniami marchwi czy buraków (chrupiąc przy tym sympatycznie), o tym że z liści jarmużu, pietruszki czy szpinaku klarowny sok wyciska. Koniecznie wspomnieć o tym  jak genialny w użytkowaniu jest duży otwór, przez który wkładamy całe owoce i warzywa (większe wystarczy przekroić na pół), dzięki któremu nie ma potrzeby ich krojenia na malutkie części, no i o soku, którego smaku nie można porównać z żadnym sokiem uzyskiwanym w inny sposób, ale niech najlepsza rekomendacja będzie to, że wyciskarka Kuvings jest u nas używana CODZIENNIE. Od czasu jej posiadania (3 miesiące ) kupiłam ani jednej butelki soku świeżego pasteryzowanego (bo soki z ,,zagęszczonego soku" w kartonach wyeliminowałam z listy zakupowej już rok temu).

 3

4

5

6

7

8

Korzystamy z wyciskarki o różnych porach dnia. Z Małgosia wyciskamy sok na drugie śniadanie, pijemy wtedy mętny sok z jabłek antonówek, gruszki łączymy z imbirem czy dynią. Sok z buraków i jabłka nam smakuje. Antek po powrocie ze szkoły już ma nawyk taki, biegnie myć ręce, a potem wspina się na blat i robi sok dla wszystkich na resztę dnia. Wyciskarka ma silnik, ma przyciski, wydaje dźwięk (ciuchy ale jednak), ma zatyczkę, po otwarciu której spektakularnie wypływa strumień soku (i to jest jest ten moment kiedy pada z ust jego ,,woooow" ) więc bardzo mu ten obowiązek domowy odpowiada.

Myślę, że to, że tak chętnie piją soki wynika nie tylko z wpojonej im sympatii do owoców i warzyw, ale także z tego, że przygotowują je sobie sami. Od nich zależy z czego go przygotują, mają świadomość, że to sok z jabłka czy gruszki, którą przed chwilą sami sobie wybrali i trzymali w rączce. Zawsze bardzo ich chwalę za to, że potrafili go zrobić, podziwiam za pomysłowość w doborze smaków, udaje zdziwioną, że potrafią wypić go aż tyle, uatrakcyjniam im to picie kolorowymi rurkami.

Antek najchętniej pije sok z  samego jabłka, czasem dodaje sobie pomarańcze, albo korzystając z przystawki do koktajli robi ananasowo-bananowe smoothie. Generalnie kolor żółty u niego rządzi. Maja do jabłka z marchwią chętnie dodaje seler naciowy, cytrusy. Małgosi, która mam wrażenie żyje żeby jeść, jest to póki co obojętne, chętnie pije każdy sok i tak słodko mówi ,,zlobimy siok z kuvingsa", że nawet przez chwilę miałam ochotę ją nagrać, żeby Wam pokazać ;).

Kiedy chcę by wypili trochę soku z zielonych warzyw (bo ten kolor mając wybór wybierają najrzadziej), wymyślam sok Shreka, grzeczności, superbohatera i ku mej radości szczególnie młodsza część ekipy się na tą wędkę łapie.

9
10

11

12

13

15

5 ciekawostek dotyczących wyciskarek wolnoobrotowych:

1. W powolnym procesie zgniata wyciskarka miażdży i wytłaczają owoce i warzywa, nie ściera ich (jak ma o miejsce w przypadku sokowirówki), nie powodując tarcia, które wytwarza temperaturę 42ºC, w której ginie witamina C.

2. Sok przyswaja się w 65% i trawi 10-15 min, owoc zjedzony w całości przyswaja się jedynie w 17% i trawi ponad 3 godziny.

3. Wyciskarka jest ponad dwukrotnie bardziej efektywna od sokowirówki (otrzymujemy dwukrotnie więcej soku), a pulpa z sucha jak wiór.

4. Sok z sokowirówki nie napowietrza się dzięki czemu nie rozwarstwia się, jest bardziej pożywny i enzymatyczny.

5. Jest zadziwiająco cicha i pobiera niewiele energii.

Wyciskarka wolnoobrotowa nie jest tania, ale jest to produkt najwyższej jakości, który posłuży nam kilkanaście lat. Gdyby producenci mieli co do tego wątpliwości nie udzielaliby na nią 10 lat gwarancji.

Nawet stara sokowirówka polskiej marki, którą zanim trafił do nas Kuvings pożyczyłam na wieczne nieoddanie od rodziców, służyła dzielnie 15 lat,  więc jestem przekonana, że dekada to dla Kuvings'a to tylko etap jego żywotności.

Na stronie marki znalazłam ciekawe wyliczenie

,,Warto wziąć pod uwagę nie tylko cenę sprzętu, ale i jego wydajność. Otóż okazuje się, że w przypadku osób, które zamierzają pić dwie duże szklanki soku dziennie – Kuvings zwraca się już po roku!

Przykładowo w wyciskarce z 1kg pomarańczy można uzyskać do 3 szklanek soku.

Korzystając z sokowirówki już tylko 1,5 szklanki (i dużo sprzętu do mycia)

W przypadku soków “jednodniowych” ze sklepu cena 1 kg pomarańczy = 1 sok 250 ml

A o restauracjach lepiej nie myśleć, bo tam za szklankę soku trzeba zapłacić od 7 do 12 zł!

Wystarczy więc, że Kuvings zaoszczędzi dla Państwa dziennie 5 zł aby zakup bronił się również w wymiarze ekonomicznym.

I jeszcze tak od siebie dwa zdania dołożę, bo mnie to dziwić nie przestaje. Zauważyłam, że osoby, które najbardziej oczami przewracają słysząc o cenie wyciskarki to nałogowi palacze. Zawsze wtedy pytam ile wydają miesięcznie na papierosy i następuje niezręczna cisza...No więc napisać to muszę, by pewne rzeczy uzmysłowić. Kochani, ktoś kto pali paczkę papierosów dziennie po roku czasu mógłby kupić dwie sztuki najnowszych, najdroższych  modeli Kuvingsa z sitkami dodatkowymi wszelkimi i jeszcze by mu zostało na sporo owoców...

A, że Mikołaj i Święta tuż tuż, to jeszcze taki bonus dla tych, którzy zakup wyciskarki planują/rozważają...

Od dziś do 31 grudnia 2016r , przy zakupie dowolnej wyciskarki w sklepie www.lepszesoki.pl  korzystając z podanych poniżej haseł otrzymacie gratisy lub rabat.

Wystarczy po wrzuceniu produktu do koszyka wpisać:

hasło: ciasteczkolandia1 doda Wam się wówczas do zakupów gratis zestaw o wartości 300 zł w skład którego wchodzą dwa rodzaje sitek sitek (do koktajli i sorbetów) oraz dwie książki z przepisami na soki i koktajle (zestaw można zobaczyć tutaj (klik)

hasło: ciasteczkolandia2 odejmie od kwoty zakupu rabat niespodziankę :)

Sito do koktajli daje pyszne, gęste smoothie, jeszcze bogatsze w składniki odżywcze ( sitko to nie oddaje suchego odpadu, odprowadzanego tradycyjnie przy użyciu standardowego sita do  wyciskaniu soków, wszystko ląduje w szklance)

Końcówka do sorbetów z kolei pozwala na zmiażdżenie zmrożonych owoców na jednolitą masę, która po dodaniu jogurtu lub kefiru zamieni się w najlepsze domowe lody bez sztucznych dodatków i słodzików.

Dodatkowe sitka i ich przeznaczenie najlepiej zobrazuje poniższy filmik (na zębatym kółeczku jakoś HD ustawcie proszę)

 

 

Życzę Wam Kochani samych pysznych sukcesów na tej owocowo-warzywnej drodze po zdrowie.

I żebyście pod choinką pudło z napisem Kuvings, bo to najmądrzejszy prezent jaki rodzina może sobie sprawić.

w poprzednim poście (klik) możecie przeczytać  jak poprzez zabawę tematem warzyw i owoców dzieci fajnie można zainteresować.

 

Post powstał przy współpracy z marką Kuvings

Na zdjęciach także:

Szklane buteleczki: Mia home passion (klik)

Papierowe rurki : Partymika (klik)

Zazdroski w oknie, bieżniki na stole : Dekodom  (klik)

Dębowa deska do krojenia: Wild Wooden Story: klik 

Kosz wiklinowy na zakupy: Home and you (klik)

Szara puszka na gruszki: Artisanhome & garden (klik)

 

 

 

Owoce & warzywa ( w co się bawimy, co czytamy)

vanilia81

 

O tym jak ważne są warzywa i owoce w diecie wie nawet moja niespełna trzy letnia Małgosia i szerzej o tym temacie przeczytacie w następnym poście, dziś pokazać tylko chciałam pomysły na to, jak poprzez zabawę zainteresować owocowo-warzywnym tematem dzieci. Zarówno książka, gra i zabawka, które tu przedstawie, to te najbardziej (z zabawek o tej tematyce) przez moje dzieci lubiane, więc rekomendujemy gorąco jako coś co warto z Mikołajem świętym przedyskutować ;)

 

Agnieszka Sowińska, autorka książki ,,Przekroje: owoce i warzywa" wydawnictwa Moja Księgarnia wpadła na pomysł, by składniki obecne w warzywach i owocach przedstawić obrazkowo w formie ludzików, nadać im charakterystyczne cechy zewnętrzne i przedstawić w sposób w jaki scharakteryzować można by ludzi.

Dzieci przeglądając ,,domki" wewnątrz owocu czy warzywa, dowiadują się co kryje się w jego środku, kto go zamieszkuję i co w nim robi. Początkowo opis na początku książki traktowali jak ściągę, po jakimś czasie, już bez tego potrafili rozpoznać pektynę , błonnik, witaminy i całą resztę.

Po takiej lekturze wiedza, że w ziemniakach dużo jest leniwej skrobi, a w marchewce pełno beta karotenu, który dba o ich cerę i oczy.

Nawet członkowie rodziny zostali przypasowani do witamin, podsłuchałam rozmowę z kanapy- ,,Mamusia to mi przypomina witaminę C, też jest ładna i tak się do nas nachyla jak coś do niej coś mówimy, a tata to na pewno witamina A, taka złota rączka no nie Antek?"

Książka tutaj (klik)

 

 

Układanka edukacyjna English words fruit &vegetables to prosta gra polegająca na dopasowaniu puzzli owoców i warzyw do ich angielskich nazw. Każdy element z napisem pasuje tylko do swojego obrazkowego odpowiednika, więc nie trzeba nazw tych od razu znać, można  metodą prób i błędów dopiero poznać. By gra się nie znudziła wymyślam im też inne warianty zabawy tą układanką. Antosia i Małgosię proszę np., by oddzielili owoce od warzyw, poukładali obok siebie wszystkie wyrazy na podaną przeze mnie literkę, pogrupowali kolorami, albo żeby wybrali trzy które najbardziej lubi dany członek naszej rodziny. Cena tej gry śmiesznie niska w porównaniu do zabawy i wiedzy jaką dostarcza.

Gra tutaj (klik)

owoce_i_warzywa_131

owoce_i_warzywa_10

Uwielbiam drewniane zabawki imitujące jedzenie, najchętniej obdarowywałabym nimi Gosię na wszystkie okazje,  w tym zestawie warzyw i owoców marki Plan Toys spodobała mi dołączona do nich taca i to, że dziecko może je kroić. Środki połączone są ze sobą rzepem z którym dołączony, drewniany nożyk świetnie sobie radzi. Radość dziecka, że kroi marchewkę tak jak mama -bezcenna. Bardzo solidnie, estetycznie wykonane, w ładnym pudełku (co ważne, jeśli myślimy o prezencie), bezpieczne. Zabawka na lata.

Znajdziecie tutaj (klik)

Udanej owocowo- warzywnej zabawy Kochani!

© Ciasteczkolandia
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci